Blog Beaty Jaskuły-Tuchanowskiej

poezja i proza życia

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Żona Joba

Czekam niczym Job
na szczęśliwe zakończenie,
na jakieś takie bajkowe
i żyli długo i...,
na sytość uczuć
niczym pszczoła nektaru.
Na godność i dostojność
dojrzałości jak klapsa
przed rychłym upadkiem
do pełnego kosza.
Na pełne umiaru obserwcje
dzieci mych dzieci i wnuków.
Tak, pełny dzban wina
zalepić pragnę wieczną pieczęcią
wosku z odciśniętą sygnaturą.

Ale choć tak blisko
na wyciagnięcie ręki, o włos zaledwie,
szczęście omija mnie szerokim łukiem
a gorycz rzeźbi szerokim dłutem
na złaknionej wytchnienia twarzy.

Posypuję pyłem dróg
rozstaje i zawalone węgły domu,
opuszczam zaciśniętą pięść.
A złorzeczenie nie tyka mego serca.

Wyczekuję... jak kania dżdżu,
jak spalona ziemia,
jak orzeł rozpostarcia skrzydeł...

Szuflady

Szuflady biurka
kryją tajemnice:
Zapomniane rachunki,
niewysłane kartki,obgryzione ołówki,
gumkę myszkę ze stratym oczkiem,
temperówkę ze stępionym ostrzem,
Paragony nieprzemyślanych zakupów,
wizytówki zupełnie nieznanych ludzi.

Szuflady serca
pozwoliły pokryć pyłem przeszłość
Romantycznych uniesień I zdjęć,
Zatrzymanych kadrów pod powiekami
Niewypowiedzianych pretensji
I niewyśnionych marzeń.

Szuflady rozumu
Nie chcą przypominać
dziejów tego srebrnego pierścionka,
Ani zasuszonych białych kwiatków,
Czy też dziejów małej czerwonej obróżki.
Niech kartki pożółkłego pamiętnika
rozpadną się w proch I zapomnienie
A wiersze...

wtorek, 5 czerwca 2012

Kto czytuje dzisiaj poezję?

Rozglądam się po klasie, bo właśnie zadałam niestosowne pytanie. Oni nawet gazetę rzadko, ewentualnie rubrykę sportową. Poezję to za karę. Na lekcji, bo trzeba. Nie, nie jest tak źle. W drugim rzędzie siedzi taka jedna niepozorna. Ona czyta. Ale się nie przyzna, bo wstyd przed klasą. Na ustnej maturze w tym roku żaden z wybranych tematów prezentacji nie dotyczył poezji. Maturzyści mówili wentualnie o języku hip-hopu czy popu. Ale jakbyśmy-my egzaminatorzy tak podrążyli, zapytali o składnię, słowotwórstwo czy nie daj Bóg fleksję, to... mogiła. Więc lepiej nie pytać. Niech lepiej się wypowie, co wie powie. Czyli niewiele. O analizie porównawczej nie ma co marzyć. Ale jak to kiedyś pewna pani dyrektor powiedziała: -"dziecko ubrało się i przyszło". A mogłoby ... nie! Otwieram szeroko oczy, gdy okazuje się, że jednak ktoś czytuje, może ze starszego pokolenia. Dobrowolnie na przykład Emilie Dickenson. Są jeszcze tacy, co nawet cytuja hurrra!
Wielki ból zastępuje rutyna cierpienia — Jak trawa Grób, tak Nerwy porasta konwenans — Zdrętwiałe Serce nie wie — czy to w nim te ćwieki Naprawdę tkwiły? kiedy — Wczoraj? czy przed Wiekiem? Stopy drepczą bezwiednie po Chodniku wąskim Zdrewniałego Powietrza, Ziemi, Obowiązku — I niezauważalnie Twardnieje cierpienie W Kwarc pogodzenia — w uciszenia Krzemień — Ołowiana Godzina — Kto przetrwał, ten ją wspomina Tak jak ktoś, kto zamarzał, wspomina Biel Śnieżną — Ziąb — potem Odrętwienie — potem wszystko jedno —
A już zupełny szok przeżywam, gdy dopiero co poznany bliżej filozof i intelektualista "zapytowywuje" się mnie o gusta literackie. Mnie?! A przecież niedaleko szukając, bo u źródła - w Biblii - odnaleźć możemy nie tylko przekrój wszelakich gatunków literackich, w tym liryki. Proza poetycka, psalmy, pieśni, treny... wzorcowe. I obowiązujące w programie klasy pierwszej szkoły średniej. No ale trzeba wytrzymać te pytania uczniowskie: - to lekcja religii czy języka polskiego? I na nic sięganie po najlepsze przekłady "Pieśni nad pieśniami" pióra Brandstaettera
Połóż mię jak pieczęć na twoim sercu, jak pieczęć na twoim ramieniu, bo jak śmierć potężna jest miłość, a zazdrość jej nieprzejednana jak Szeol, żar jej to żar ognia, płomień Pański. (...) nie zatopią jej rzeki
.
czy "Psalmów"samego Miłosza. Np. Ps.1
Szczęśliwy, kto nie chodził za radą bezbożnych * na drodze grzeszników nie postał, * w gromadzie naśmiewców nie siedział. Ale w prawie Pańskim ma upodobanie * i naukę Pańską bada w dzień i w nocy. I będzie jak drzewo zasadzone u strumieni wód, * które wydaje owoc, kiedy jest jego czas, * i którego liść nie usycha. * A cokolwiek zacznie, powiedzie się. Nie tak bezbożni, nie tak. * Ale są jak plewy, które wiatr wymiata. Przeto nie ostoją się bezbożni na sądzie * ani grzesznicy w zgromadzeniu sprawiedliwych. Albowiem poznaje Pan drogę sprawiedliwych, * a droga bezbożnych zaginie.
Zachwycona archaizacją języka i wewnętrzą harmonią, popełniam głęboki nietakt i wieczorową porą, podejmuję bohaterską próbę napisania wiersza...Wraz z innymi nawiedzonymi organizuje wieczór poezji śpiewanej i recytowanej pt."W moim świecie..." 24 czerwca br. o godzienie 18tej w Sopocie na ulicy Chopina 32/1. Wpadniecie?

niedziela, 6 maja 2012

Słabość siłą?

Wydawałoby się, że wychowani w duchu humanistycznych czy chrześcijańskich wartości powinniśmy być pełni współczucia dla słabych, i w ogóle tych "co się źle mają". Nic bardziej mylnego. Współczuć to my możemy.., ale tak bardziej na odległość. Najwygodniej esemesowo, anonimowo. Od razu lepiej się czujemy, 3-4 złote wydane, a już obowiązek spełniony! Gorzej by było, żebyśmy musieli usiąść koło takiego niepełnosprawnego, w autobusie to jeszcze pół biedy, zawsze można odwrócić głowę, bo ja taki wrażliwy jestem i kulturalny i przyglądać się za bardzo nie wypada, tak mamusia uczyła. Gorzej jeśli miałbym z takim kimś zjeść obiad, albo co gorsza nakarmić go? Nie potrafiłbym? A poza tym to widok bardzo nieestetyczny! Albo taki pijak. Szerokim łukiem...a bezrobotny? Pewnie leń! Albo samotna matka, po co taka... albo ... Generalnie kto by przyjął do pracy samotną matkę, kobietę w wieku rozrodczym, albo przedemerytalnym, albo bezrobotnego, który na rozmowę o pracę nie ubrał się według oczekiwanego kodu miejsca pracy?
Nie masz pracy, jesteś słaby w tym co robisz, nie osiągnąłeś sukcesu ani stabilizacji finansowej do pewnego wieku, to już raczej nie osiągniesz. W cenie na rynku pracy są osoby, które już pracę mają. No bo jak robi dobrze, to może dla mnie? A więc generalnie idąc szukać pracy należy mieć albo udawać że się ma dobrze płatną pracę, a tylko chęć przeprowadzki dla zmiany otoczenia spowodowała taakie faneberie.
To tak jak z Ośrodkami Dziennego Pobytu dla niepełnosprawnych. Owszem są, ale terapie zajęciowe, warsztaty aktywizacji zawodowej, czyli miejsca, w których lekko i umiarkowanie niepełnosprawne osoby mogą nauczyć się lepiej funkcjonować społecznie. Nie ma miejsc dla znacznie i głęboko upośledzonych, no oczywiście oprócz "przechowalni" czyli miejsc, w których w dwóch małych pomieszczeniach zamknięto osoby niepełnosprawne ze sprzężonymi niepełnosprawnościami i sobie cicho tam siedzą przez cały boży dzień, przed telewizorem przy zaciągniętych zasłonach. Rodzice niech dziękują Bogu, jeśli jeszcze żyją, że w ogóle mogą pracować, jeśli pracę mają i że ich dziecko ma miejsce, gdzie może przebywać odizolowane od społeczeństwa.
No tak co mi się śni? Jakieś spacery, na wózkach, jakaś terapia codzienna, małe rzeczy, które pozwalaja tym osobom widzieć świat i ludzi nie od święta, ale na codzień? To niemożliwe przy 6-7 osobach przypadających na jednego opiekuna, to zrozumiałe. Za dużo wymagam od rzeczywistości polskiej? Napatrzyłam się w Szwecji, Anglii na niepełnosprawnych w miejscach publicznych i też bym chciała wywalczyć dla nich więcej. Szczególnie w takim mieście jak Gdynia. Bogatym, portowym mieście!
Jest przecież lepiej niż dwadzieścia lat temu, wtedy w ogóle żadnego niepełnosprawnego na ulicach nie było! A krawężniki, powykrzywiane bo powykrzywiane, ale zrobione w miastach dla wózków, a nie było.
No tak piszę sobie, by wyrzucić frustrację spowodowaną, spodziewaną utratą pracy - za późno zaczęłam, bo urodziłam dziecko niepełnosprawne, brakiem miejsca terapii dla mojej już dorosłej niepełnosprawnej córki, w którym mogłaby funkcjonować na swoim poziomie i cieszyć się życiem jej danym, ogólną obojętnością systemu, władz, rodziny, znajomych... Komu mam to powiedzieć, że jestem przerażona przyszłością? Kogo to obchodzi, że powracają myśli samobójcze, nachalne rozwiązanie dylematu odrzucenia społecznego? A teraz stadionów dostatek i można by było zrobić niezłe show!
Na dokładkę wszyscy przyzwyczaili się, że świetnie sobie radzę, jestem dzielna, pracująca, ogarnięta, uśmiechnięta, odpowiednio ubrana i wymyta?
Nie czekam na współczucie hien cmentarnych, które pasą się cudzymi nieszczęściami, by utwierdzić się w dobrym samopoczuciu, że im jest lepiej. Czekam na wspóodczuwanie, w ogóle na współ...
Przypominają mi się słowa pieśni:"słabość jest siłą" i nie wierzę im... świat depcze słabych... wyrzuca ich na margines życia... "Skąd nadejdzie mi pomoc?"... Pomoc moja jest u Boga"...i tylko na to mogę liczyć. Czy liczyli na nią, idący na rzymskie areny na pożarcie lwom pierwsi chrześcijanie? Pewnie czekali na cud, zmartwychwstanie, pomoc z nieba... i umierali z uśmiechem na ustach i pokojem w sercu?

czwartek, 19 kwietnia 2012

ŁASKA

Ostatnio próbowałam przypomnieć sobie historię biblijnych dłużników. Nie dlatego, że jestem obciążona jakimiś długami, kredytami, czy zaległymi świadczeniami, ale ze względu na łaskę.
Otóż w tej nowotestamentowej historii, dobry pan, anulował wielki dług swojemu dłużnikowi dziesięć tysięcy talentów, które możemy porównać do dziesięciu tysięcy złotych. Karą dla niewypłacalnego dłużnika miało być sprzedanie go wraz z żoną i dziećmi oraz całym jego dobytkiem.
Współcześnie nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, by ktoś mógł odebrać nam wolność. No, może więzienie dla niewypłacalnych bankrutów, malwersantów wielkiego kalibru, ale przecież w dobie spłat ratalnych, kumulacji spłat, procentów, itp. taka kara uwięzienia za długi kojarzy nam się raczej z patologią społeczną, takim dajmy na to ojcem alkoholikiem uchylającym się od pracy i od płacenia alimentów na trójkę dzieci, za co w końcu, ku zadowoleniu funduszu alimentacyjnego może trafić do więzienia.
Drugą osoba dramatu staje się dłużnik dłużnika, któremu pan darował owe dziesięć tysięcy a tym samym nie odebrał wolności paru osobom i nie sprzedał całego dobytku. Te jegomość jest winny sto denarów. Porównajmy je wobec tego do stu złotych. Za owe sto złotych,, nasz dopiero co ułaskawiony winowajca, chwycił go i zaczął dusić, a w końcu wtrącił go do więzienia.
W tej historii jest więc dwóch dłużników, przerażonych, bojących się konsekwencji, błagających swych wierzycieli o łaskę i prolongatę zadłużenia, ale dwa różne rozwiązania. Pierwszy z nich pierwotnie ją otrzymuje, drugi – nie.
Gdzie tu sprawiedliwość?! – chciałoby się zawołać z oburzeniem. I tu właśnie jest problem. Bo sprawiedliwości na tym świecie nie ma i wszyscy dobrze wiedzą, że możnym tego świata więcej można niż biedakom i osobom niewiele znaczącym. Możemy się buntować przeciwko takiemu stanowi rzeczy, ale przy najlepszych chęciach nigdy nie będzie równości i sprawiedliwości, chociaż byśmy wymyślili jakiś zupełnie nowy twór polityczny, głoszący ”równość, wolność i braterstwo”, doświadczenie i historia ukazują nam fiasko najszczytniejszych idei w obliczu ludzkiej grzesznej natury.
Chociaż byśmy tę historię przenieśli na sferę talentów nie monetarnych, ale cech charakteru, tego ubogacenia indywidualnej jednostki ludzkiej w pewne wybitne zdolności: artystyczne, polityczne, społeczne czy jakiekolwiek inne i tu zauważymy, że wcale ci najzdolniejsi nie odnosili za swoich czasów sukcesów ani nie pławili się w glorii powszechnego poklasku. Często karierę robią mierne talenty, mające więcej zalet managerskich niż jakichkolwiek innych. Dla mnie w historii literatury czy malarstwa jest wiele takich przykładów, chociażby mój ulubiony Norwid…
Historia o dwóch dłużnikach kończy się jednak jakimś happy endem. Oto uniesiony gniewem pan , ten który był miłosierny i darował pierwotnie tak olbrzymia sumę swojemu dłużnikowi, kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Uczynił tak, gdy dowiedział się, że ułaskawiony sam nie był nic a nic łaskawy.
A więc jakaś sprawiedliwość zaistniała, obaj dłużnicy podlegli karze.
Jednak czy my pożądamy takiej sprawiedliwości? Pewnie dla Kowalskiego, który bija i pija żonę, tak, ale dla siebie… nie! Oczywiście, bo ja nie grzeszę w tak widoczny sposób, tylko w inny… bardziej ukryty, mniej widoczny, świadomy, naganny… po prostu mam mniejszy dług! Ale nadal oczekuję łaski!
Cóż więc, mogę sobie cytować Norwida,
Źle, źle zawsze i wszędzie,
Ta nic czarna się przędzie,
Ona za mną, przede mną i przy mnie.
Ona w każdym oddechu,
Ona w każdym uśmiechu.
Ona w myśli, modlitwie i w hymnie.
ubolewając nad istotą ludzkiego bytowania, nad cierpieniem i zmaganiem ze sobą samą, ale świadoma odwiecznej konstrukcji świata i natury ludzkiej, równocześnie błagać o łaskę i dziękować za tę, którą już otrzymałam, nie porównywać się do nikogo, i bohatersko oczekiwać… Pana!

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Pisane na Szkoleniu Metodycznym

Zabieg kosmetyczny


Korekta uśmiechu natychmiast konieczna.
Szukam sprawnego specjalisty,
nie od podciągania skóry,
przykrawania zmarszczek,
czy podnoszenia powiek,
lecz
od pozbawienia na stałe
tego wyrazu goryczy
w kąciku ust na dole,
od ustalenia i usunięcia
raz na zawsze przyczyn
pogłębiania się tej rysy
na gładkim obliczu życiorysu.

Przy okazji chciałabym wypełnić
tę lwią zmarszczkę na czole.
Nie botoxem czy restilanem,
czy jakimś innym świństwem,
ale myślą głęboką i twórczą,
pogodną i podnoszącą na duchu
nie tylko mnie...

Niezmąconego lustra czoła
czy maski oblicza nie wymagam.

Pożądam oczu, będących zwierciadłem duszy,
nie spuszczonych niczym zasłony milczenia
na brak Ducha...
Pomocy Mistrza łaknę!


Poezja rzeczy zwykłych

Taka dajmy na to pierzyna
nagrzana od snu.
Poduszka ze śladem
odciśniętego policzka,
prześcieradło niczym mapa
pławnych ruchów wzdłuż i wszerz.

Takie garnki srebrne od światła
stojące rzędem niczym żołnierze
na musztrze kuchni.
Czekają na ogień,
dłoń mieszającą spiesznie
pachnące smaki domowników.

Takie buty na wycieraczce
ze śladami spacerów w podeszwie,
z otarciami na palcach
od kopania kamyków po drodze,
chodzenia na palcach ku słońcu,
podskakiwania...

Takie nic, materialne
podlegające zniszczeniu, korozji,
upływowi lat po prostu.
Cenne, bo osobowe,
przypisane uczuciom,
ulotnym chwilom
ważniejszym niż sam przedmiot.
Wypełnionym poezją jak muzyką.
Tym brzękaniem, szurganiem,
strzepywaniem, bulgotaniem,
życiem rzeczy zwykłych.


Skąd bierze się poezja?

Poezja rodzi się jak szare myszki
nie przewidywalnie
w równie szarych zwojach
pomiędzy szóstym a siódmym
kręgiem bezmyśli.
Wysypuje się jak piasek z korca
jak z rękawa magiczne króliki
albo z cylindra,
nie przymierzając łupież...

Po co zapisywać te czarne mrówki znaków
świadectwo zgrabnego doboru słów,
metaforycznych znaczeń,
popularnych sloganów.
Czemu służy żonglerka na czubku
języka i myśli?
Może uświadamia stan rzeczy:
reguluje uczucia
jak wodę w rzece zapora,
uściśla zakres działań
jak gumka w majtkach,
nadaje sens oddychaniu
jako globalnemu współuczestniczeniu
w bycie świata,
co z prochu...

Przepisy

Pół kilograma chęci przeżycia,
wzmocnionych dziesięcioma kroplami
motywacji do bycia szczęśliwym
przefiltrować przez gęste sito
Słów, mówiących o naśladownictwie.

Sześć sztuk chętnych dłoni,
samo rozmnażających się w razie potrzeby,
do przecierania humorów na papkę przebaczenia.

Siedem uncji uśmiechu
w smaku przypominających
wyśmienity rum radości
na lodach nie wymuszonego chichotu.

Do tego domieszać
ubitą pianę przyjaźni i życzliwych słów.
Zamieszać i upiec w piecu serca.
Podawać na tacy wyciągniętych ramion.
Smakować z rozwagą.

poniedziałek, 19 marca 2012

Wiosenne przesilenie

Czasami wszystko wali nam się na łeb. Głowa staje się kwadratowa od natłoku problemów, dlatego to też pretenduje do miana łba zamiast eufemistycznie nazywać ten ośrodek myśli głową. Nagle okazuje się, że ludzie których uznawaliśmy za sympatycznych a przynajmniej nieszkodliwych knują za naszymi plecami jakieś spiski, jakie plotki opowiadają, rozdmuchują niewielki problem do rangi afery... To jest tak zwany gwóźdź do trumny, gdy na drodze wiosennego przesilenia tracimy dobre relacje z najbliższymi, pracę, pieniądze, męża, zięcia,i w efekcie wszelkich możliwych zawirowań... zdrowie.
Zdarzyło mi się w życiu parę razy, że wołałam jak Tewie Mleczarz:
Panie, Panie, wiem że jestem wybrana, ale czy czasem nie możesz wybrać kogo innego...
Patrzę na tamte wydarzenia z perspektywy minionych lat i myślę: - jakie to dziwne, przecież wówczas wydawało mi się, że tego nie przeżyję, że zwariuję, że to przekracza możliwości człowieka, nie mówiąc słabej kobiety, bo kobiety w istocie są jak słonie gruboskórne i wytrzymałe, mimo wewnętrznej wrażliwości. I co? Pomimo to, mogę dzisiaj o tamtych wydarzeniach mówić jakby to dotyczyło zupełnie kogoś innego...
- Więc i teraz, tym razem, gdy wszystko wali się na łeb, cichutko myślę sobie: - PRZEŻYJĘ! Przetrwam, jeśli taka wola Boża, a On da mi siły, by i te doświadczenia znieść.
Oczywiście, lepiej by było pisać na blogu czy w artykułach prasowych o ustawicznym paśmie sukcesów, błogosławieństwach, o radości i gronie życzliwych przyjaciół, chociaż i takich mam, dzięki Bogu, ale czy na wiosnę nie należy odnowić swojego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość, i przypomnieć sobie o tym, co najważniejsze?
A ja przecież znam wyjście, cel, do którego zmierzam i sens tego, co mnie dotyka i rani. A co nas nie zabije to... nas upodobni do Mistrza?