Blog Beaty Jaskuły-Tuchanowskiej

poezja i proza życia

niedziela, 6 maja 2012

Słabość siłą?

Wydawałoby się, że wychowani w duchu humanistycznych czy chrześcijańskich wartości powinniśmy być pełni współczucia dla słabych, i w ogóle tych "co się źle mają". Nic bardziej mylnego. Współczuć to my możemy.., ale tak bardziej na odległość. Najwygodniej esemesowo, anonimowo. Od razu lepiej się czujemy, 3-4 złote wydane, a już obowiązek spełniony! Gorzej by było, żebyśmy musieli usiąść koło takiego niepełnosprawnego, w autobusie to jeszcze pół biedy, zawsze można odwrócić głowę, bo ja taki wrażliwy jestem i kulturalny i przyglądać się za bardzo nie wypada, tak mamusia uczyła. Gorzej jeśli miałbym z takim kimś zjeść obiad, albo co gorsza nakarmić go? Nie potrafiłbym? A poza tym to widok bardzo nieestetyczny! Albo taki pijak. Szerokim łukiem...a bezrobotny? Pewnie leń! Albo samotna matka, po co taka... albo ... Generalnie kto by przyjął do pracy samotną matkę, kobietę w wieku rozrodczym, albo przedemerytalnym, albo bezrobotnego, który na rozmowę o pracę nie ubrał się według oczekiwanego kodu miejsca pracy?
Nie masz pracy, jesteś słaby w tym co robisz, nie osiągnąłeś sukcesu ani stabilizacji finansowej do pewnego wieku, to już raczej nie osiągniesz. W cenie na rynku pracy są osoby, które już pracę mają. No bo jak robi dobrze, to może dla mnie? A więc generalnie idąc szukać pracy należy mieć albo udawać że się ma dobrze płatną pracę, a tylko chęć przeprowadzki dla zmiany otoczenia spowodowała taakie faneberie.
To tak jak z Ośrodkami Dziennego Pobytu dla niepełnosprawnych. Owszem są, ale terapie zajęciowe, warsztaty aktywizacji zawodowej, czyli miejsca, w których lekko i umiarkowanie niepełnosprawne osoby mogą nauczyć się lepiej funkcjonować społecznie. Nie ma miejsc dla znacznie i głęboko upośledzonych, no oczywiście oprócz "przechowalni" czyli miejsc, w których w dwóch małych pomieszczeniach zamknięto osoby niepełnosprawne ze sprzężonymi niepełnosprawnościami i sobie cicho tam siedzą przez cały boży dzień, przed telewizorem przy zaciągniętych zasłonach. Rodzice niech dziękują Bogu, jeśli jeszcze żyją, że w ogóle mogą pracować, jeśli pracę mają i że ich dziecko ma miejsce, gdzie może przebywać odizolowane od społeczeństwa.
No tak co mi się śni? Jakieś spacery, na wózkach, jakaś terapia codzienna, małe rzeczy, które pozwalaja tym osobom widzieć świat i ludzi nie od święta, ale na codzień? To niemożliwe przy 6-7 osobach przypadających na jednego opiekuna, to zrozumiałe. Za dużo wymagam od rzeczywistości polskiej? Napatrzyłam się w Szwecji, Anglii na niepełnosprawnych w miejscach publicznych i też bym chciała wywalczyć dla nich więcej. Szczególnie w takim mieście jak Gdynia. Bogatym, portowym mieście!
Jest przecież lepiej niż dwadzieścia lat temu, wtedy w ogóle żadnego niepełnosprawnego na ulicach nie było! A krawężniki, powykrzywiane bo powykrzywiane, ale zrobione w miastach dla wózków, a nie było.
No tak piszę sobie, by wyrzucić frustrację spowodowaną, spodziewaną utratą pracy - za późno zaczęłam, bo urodziłam dziecko niepełnosprawne, brakiem miejsca terapii dla mojej już dorosłej niepełnosprawnej córki, w którym mogłaby funkcjonować na swoim poziomie i cieszyć się życiem jej danym, ogólną obojętnością systemu, władz, rodziny, znajomych... Komu mam to powiedzieć, że jestem przerażona przyszłością? Kogo to obchodzi, że powracają myśli samobójcze, nachalne rozwiązanie dylematu odrzucenia społecznego? A teraz stadionów dostatek i można by było zrobić niezłe show!
Na dokładkę wszyscy przyzwyczaili się, że świetnie sobie radzę, jestem dzielna, pracująca, ogarnięta, uśmiechnięta, odpowiednio ubrana i wymyta?
Nie czekam na współczucie hien cmentarnych, które pasą się cudzymi nieszczęściami, by utwierdzić się w dobrym samopoczuciu, że im jest lepiej. Czekam na wspóodczuwanie, w ogóle na współ...
Przypominają mi się słowa pieśni:"słabość jest siłą" i nie wierzę im... świat depcze słabych... wyrzuca ich na margines życia... "Skąd nadejdzie mi pomoc?"... Pomoc moja jest u Boga"...i tylko na to mogę liczyć. Czy liczyli na nią, idący na rzymskie areny na pożarcie lwom pierwsi chrześcijanie? Pewnie czekali na cud, zmartwychwstanie, pomoc z nieba... i umierali z uśmiechem na ustach i pokojem w sercu?

czwartek, 19 kwietnia 2012

ŁASKA

Ostatnio próbowałam przypomnieć sobie historię biblijnych dłużników. Nie dlatego, że jestem obciążona jakimiś długami, kredytami, czy zaległymi świadczeniami, ale ze względu na łaskę.
Otóż w tej nowotestamentowej historii, dobry pan, anulował wielki dług swojemu dłużnikowi dziesięć tysięcy talentów, które możemy porównać do dziesięciu tysięcy złotych. Karą dla niewypłacalnego dłużnika miało być sprzedanie go wraz z żoną i dziećmi oraz całym jego dobytkiem.
Współcześnie nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, by ktoś mógł odebrać nam wolność. No, może więzienie dla niewypłacalnych bankrutów, malwersantów wielkiego kalibru, ale przecież w dobie spłat ratalnych, kumulacji spłat, procentów, itp. taka kara uwięzienia za długi kojarzy nam się raczej z patologią społeczną, takim dajmy na to ojcem alkoholikiem uchylającym się od pracy i od płacenia alimentów na trójkę dzieci, za co w końcu, ku zadowoleniu funduszu alimentacyjnego może trafić do więzienia.
Drugą osoba dramatu staje się dłużnik dłużnika, któremu pan darował owe dziesięć tysięcy a tym samym nie odebrał wolności paru osobom i nie sprzedał całego dobytku. Te jegomość jest winny sto denarów. Porównajmy je wobec tego do stu złotych. Za owe sto złotych,, nasz dopiero co ułaskawiony winowajca, chwycił go i zaczął dusić, a w końcu wtrącił go do więzienia.
W tej historii jest więc dwóch dłużników, przerażonych, bojących się konsekwencji, błagających swych wierzycieli o łaskę i prolongatę zadłużenia, ale dwa różne rozwiązania. Pierwszy z nich pierwotnie ją otrzymuje, drugi – nie.
Gdzie tu sprawiedliwość?! – chciałoby się zawołać z oburzeniem. I tu właśnie jest problem. Bo sprawiedliwości na tym świecie nie ma i wszyscy dobrze wiedzą, że możnym tego świata więcej można niż biedakom i osobom niewiele znaczącym. Możemy się buntować przeciwko takiemu stanowi rzeczy, ale przy najlepszych chęciach nigdy nie będzie równości i sprawiedliwości, chociaż byśmy wymyślili jakiś zupełnie nowy twór polityczny, głoszący ”równość, wolność i braterstwo”, doświadczenie i historia ukazują nam fiasko najszczytniejszych idei w obliczu ludzkiej grzesznej natury.
Chociaż byśmy tę historię przenieśli na sferę talentów nie monetarnych, ale cech charakteru, tego ubogacenia indywidualnej jednostki ludzkiej w pewne wybitne zdolności: artystyczne, polityczne, społeczne czy jakiekolwiek inne i tu zauważymy, że wcale ci najzdolniejsi nie odnosili za swoich czasów sukcesów ani nie pławili się w glorii powszechnego poklasku. Często karierę robią mierne talenty, mające więcej zalet managerskich niż jakichkolwiek innych. Dla mnie w historii literatury czy malarstwa jest wiele takich przykładów, chociażby mój ulubiony Norwid…
Historia o dwóch dłużnikach kończy się jednak jakimś happy endem. Oto uniesiony gniewem pan , ten który był miłosierny i darował pierwotnie tak olbrzymia sumę swojemu dłużnikowi, kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Uczynił tak, gdy dowiedział się, że ułaskawiony sam nie był nic a nic łaskawy.
A więc jakaś sprawiedliwość zaistniała, obaj dłużnicy podlegli karze.
Jednak czy my pożądamy takiej sprawiedliwości? Pewnie dla Kowalskiego, który bija i pija żonę, tak, ale dla siebie… nie! Oczywiście, bo ja nie grzeszę w tak widoczny sposób, tylko w inny… bardziej ukryty, mniej widoczny, świadomy, naganny… po prostu mam mniejszy dług! Ale nadal oczekuję łaski!
Cóż więc, mogę sobie cytować Norwida,
Źle, źle zawsze i wszędzie,
Ta nic czarna się przędzie,
Ona za mną, przede mną i przy mnie.
Ona w każdym oddechu,
Ona w każdym uśmiechu.
Ona w myśli, modlitwie i w hymnie.
ubolewając nad istotą ludzkiego bytowania, nad cierpieniem i zmaganiem ze sobą samą, ale świadoma odwiecznej konstrukcji świata i natury ludzkiej, równocześnie błagać o łaskę i dziękować za tę, którą już otrzymałam, nie porównywać się do nikogo, i bohatersko oczekiwać… Pana!

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Pisane na Szkoleniu Metodycznym

Zabieg kosmetyczny


Korekta uśmiechu natychmiast konieczna.
Szukam sprawnego specjalisty,
nie od podciągania skóry,
przykrawania zmarszczek,
czy podnoszenia powiek,
lecz
od pozbawienia na stałe
tego wyrazu goryczy
w kąciku ust na dole,
od ustalenia i usunięcia
raz na zawsze przyczyn
pogłębiania się tej rysy
na gładkim obliczu życiorysu.

Przy okazji chciałabym wypełnić
tę lwią zmarszczkę na czole.
Nie botoxem czy restilanem,
czy jakimś innym świństwem,
ale myślą głęboką i twórczą,
pogodną i podnoszącą na duchu
nie tylko mnie...

Niezmąconego lustra czoła
czy maski oblicza nie wymagam.

Pożądam oczu, będących zwierciadłem duszy,
nie spuszczonych niczym zasłony milczenia
na brak Ducha...
Pomocy Mistrza łaknę!


Poezja rzeczy zwykłych

Taka dajmy na to pierzyna
nagrzana od snu.
Poduszka ze śladem
odciśniętego policzka,
prześcieradło niczym mapa
pławnych ruchów wzdłuż i wszerz.

Takie garnki srebrne od światła
stojące rzędem niczym żołnierze
na musztrze kuchni.
Czekają na ogień,
dłoń mieszającą spiesznie
pachnące smaki domowników.

Takie buty na wycieraczce
ze śladami spacerów w podeszwie,
z otarciami na palcach
od kopania kamyków po drodze,
chodzenia na palcach ku słońcu,
podskakiwania...

Takie nic, materialne
podlegające zniszczeniu, korozji,
upływowi lat po prostu.
Cenne, bo osobowe,
przypisane uczuciom,
ulotnym chwilom
ważniejszym niż sam przedmiot.
Wypełnionym poezją jak muzyką.
Tym brzękaniem, szurganiem,
strzepywaniem, bulgotaniem,
życiem rzeczy zwykłych.


Skąd bierze się poezja?

Poezja rodzi się jak szare myszki
nie przewidywalnie
w równie szarych zwojach
pomiędzy szóstym a siódmym
kręgiem bezmyśli.
Wysypuje się jak piasek z korca
jak z rękawa magiczne króliki
albo z cylindra,
nie przymierzając łupież...

Po co zapisywać te czarne mrówki znaków
świadectwo zgrabnego doboru słów,
metaforycznych znaczeń,
popularnych sloganów.
Czemu służy żonglerka na czubku
języka i myśli?
Może uświadamia stan rzeczy:
reguluje uczucia
jak wodę w rzece zapora,
uściśla zakres działań
jak gumka w majtkach,
nadaje sens oddychaniu
jako globalnemu współuczestniczeniu
w bycie świata,
co z prochu...

Przepisy

Pół kilograma chęci przeżycia,
wzmocnionych dziesięcioma kroplami
motywacji do bycia szczęśliwym
przefiltrować przez gęste sito
Słów, mówiących o naśladownictwie.

Sześć sztuk chętnych dłoni,
samo rozmnażających się w razie potrzeby,
do przecierania humorów na papkę przebaczenia.

Siedem uncji uśmiechu
w smaku przypominających
wyśmienity rum radości
na lodach nie wymuszonego chichotu.

Do tego domieszać
ubitą pianę przyjaźni i życzliwych słów.
Zamieszać i upiec w piecu serca.
Podawać na tacy wyciągniętych ramion.
Smakować z rozwagą.

poniedziałek, 19 marca 2012

Wiosenne przesilenie

Czasami wszystko wali nam się na łeb. Głowa staje się kwadratowa od natłoku problemów, dlatego to też pretenduje do miana łba zamiast eufemistycznie nazywać ten ośrodek myśli głową. Nagle okazuje się, że ludzie których uznawaliśmy za sympatycznych a przynajmniej nieszkodliwych knują za naszymi plecami jakieś spiski, jakie plotki opowiadają, rozdmuchują niewielki problem do rangi afery... To jest tak zwany gwóźdź do trumny, gdy na drodze wiosennego przesilenia tracimy dobre relacje z najbliższymi, pracę, pieniądze, męża, zięcia,i w efekcie wszelkich możliwych zawirowań... zdrowie.
Zdarzyło mi się w życiu parę razy, że wołałam jak Tewie Mleczarz:
Panie, Panie, wiem że jestem wybrana, ale czy czasem nie możesz wybrać kogo innego...
Patrzę na tamte wydarzenia z perspektywy minionych lat i myślę: - jakie to dziwne, przecież wówczas wydawało mi się, że tego nie przeżyję, że zwariuję, że to przekracza możliwości człowieka, nie mówiąc słabej kobiety, bo kobiety w istocie są jak słonie gruboskórne i wytrzymałe, mimo wewnętrznej wrażliwości. I co? Pomimo to, mogę dzisiaj o tamtych wydarzeniach mówić jakby to dotyczyło zupełnie kogoś innego...
- Więc i teraz, tym razem, gdy wszystko wali się na łeb, cichutko myślę sobie: - PRZEŻYJĘ! Przetrwam, jeśli taka wola Boża, a On da mi siły, by i te doświadczenia znieść.
Oczywiście, lepiej by było pisać na blogu czy w artykułach prasowych o ustawicznym paśmie sukcesów, błogosławieństwach, o radości i gronie życzliwych przyjaciół, chociaż i takich mam, dzięki Bogu, ale czy na wiosnę nie należy odnowić swojego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość, i przypomnieć sobie o tym, co najważniejsze?
A ja przecież znam wyjście, cel, do którego zmierzam i sens tego, co mnie dotyka i rani. A co nas nie zabije to... nas upodobni do Mistrza?

piątek, 2 marca 2012

Byle do wiosny...

W powietrzu zapachniało jakby...wiosną? Zimowe buty ciążą na nogach, puchowa kurtka nagle jest za ciepła... w końcu plusowa temperatura. Tęsknym wzrokiem patrzę na gałązki drzew, jeszcze wczoraj pokrytych śnieżną pierzynką. Może choćby zalążek pączka, mały listeczek dojrzy moje wytęsknione oko. Szyby w oknach brudne. Pomazane jakieś w świetle pierwszych promieni nieśmiało wyglądającego zza szarych chmur słoneczka. Przeglądam niespokojnie garderobę. Czy jestem przygotowana do nadejścia wiosny? Niby nic, i przecież co rok nadchodzi jakoś i jakoś człowiek funkcjonuje... No właśnie jakoś...

A ja chciałabym tak w pełni przygotować się na nadejście nowego. Oczyścić umysł ze wszelkich wątpliwości, chandr i depresyjek zimowych... Osiągnąć pełen harmonii stan ducha. Zregenerować stan intelektu i mojej ziemskiej powłoki w jakiś cudowny magiczny sposób. Jednym słowem pozyskać stan niewinności i świeżości niemalże dziewiczej.

Niestety, okna mogę wymyć, zakupić cienką kurteczkę i półbuty, ewentualnie lecytynę 120 i zapisać się na basen czy medytacje, ale nawet gdyby wszystkie te zabiegi przyniosły oczekiwany skutek, do pełni szczęścia byłoby daleko. Mimo wiosny, ptaszków śpiewających, kwiatków przebijających się i innych znakomitych oznak ocieplenia.

Może za wiele wymagam? Może zamiast wiosny oczekuję.... raju?
Tak, tak, to jest to czego szukam. Innego miejsca, innej rzeczywistości, innych relacji.

No tak, ale żeby tak dotrzeć do tej rzeczywistości niebiańskiej też należy wykonać pewne zbiegi. Nawrócić się, narodzić na nowo, żyć wiernie z Jezusem, być świadectwem... niewiastą napełnioną Duchem Świętym jednym słowem.

Szara rzeczywistość ciśnie. Robię rachunek sumienia. Przypominają mi się wszelakie przewinienia te niewielkie i takie, przed którymi ze strachu zamykam oczy... Tak, tak... taka święta nie jestem jak bym chciała, a co dopiero jakby Pan chciał!

Całe szczęście, że znam rozwiązanie! Mogę razem z wiosną zacząć od nowa!

Ufff! Jak dobrze! Zdążyłam! Jeszcze raz Pan Bóg dał mi szansę! Bo żyjąc z Nim ciągle od nowa uświadamiam sobie ogrom Jego łaski i mojej grzeszności. Nigdy nie będę w pełni gotowa na śmierć ani na zmartwychwstanie. Zawsze będę grzesznikiem. A On zawsze jest Miłosierny.

Jajko nigdy nie będzie mądrzejsze od kury, tak jak ja od Boga. Doświadczam tego każdorazowo, gdy sama podejmuję decyzje, za które muszę płacić i wtedy, gdy ufam i pozwalam się prowadzić Jego słowom zapisanym w Piśmie Świętym.

Rośniemy, dojrzewamy, starzejemy się. A jednak jakże trudno jest dojść do pełni poznania, duchowej stabilności, mądrości w Bożym pojęciu. Przeraża mnie fakt powtarzalności błędów. Razem z Pawłem z Tarsu wołam więc: Nie czynię tego co chcę, co wiem że dobre, ale czynię to, czego nienawidzę! Któż mnie wyrwie z tego ciała śmierci? I zapatrzona w Hioba liczę, że dożyję dni, o których powiem, że jestem ich syta i ze spokojem mogę odejść. Z lękiem przyglądam się pannom, co wyszły przywitać Oblubieńca z lampami bez oleju. Boję się, że nie rozpoznam Pana Zmartwychwstałego, gdy będę siedzieć zasmucona na Jego opustoszałym grobie, choć stanie obok i przemówi do mnie. Modlę się więc o mądrość, o czas, o zmiany, ... byle do wiosny!

czwartek, 16 lutego 2012

Co ja tutaj robię!

Ostatnimi czasy coraz częściej zdaję sobie sprawę z blichtru tego świata i wewnętrznej pustki licznych spotkań mniej czy bardziej towarzyskich.
Na przykład takie imienino – urodzinowo - babskie pogaduchy. Cudnie, pogadamy o facetach, jacy to oni nie tego, no i wiesz mój też... o tym co nabyłyśmy drogą zakupu ostatnimi czasy, nawet można tu i ówdzie zademonstrować na obfitych kształtach... no i o kosmetykach, zabiegach i kto co sobie gdzie wstrzyknął... Tak tak, botox party czy kwaso hialurynowe party stają się cool! To drutowanie, malowanie wspólne passe jest.
W między tak zwanym czasie coś przekąszamy i poruszamy zgoła inne zagadnienia... O mężu tej pani o tu siedzącej obok nas, który dopiero co zginął na morzu, o niepełnosprawnym synu te drugiej pani, który siedzi w domu, bo po 25 roku życia nie ma propozycji na funkcjonowanie osób ze znacznym i głębokim upośledzeniem. Po co mają się męczyć, niech przesiedzą w pidżamach przed telewizorem resztę swojego niepełnosprytnego życia. I społeczeństwo będzie szczęśliwsze, bo nie narażone na dziwne zachowani, no i ten... wygląd nie teges... A poza tym ta pani nie ma już siły targać tego syna gdzieś jak musi do pracy na chleb zarabiać, bo przecież z renty 540 się nie wyżyje.
No i jeszcze ta trzecia pani co pochyla w niezwykłym skupieniu głowę i słucha uważnie. Ona to chociaż życie miała dobre. Nie takie jak tamte panie. A jeśli nawet nie idealne to takie w średniej krajowej i zawsze można się poczuć jeszcze lepiej, bo inni mają gorzej.
A ja siedzę i się biedzę, i myślę – „ Co ja tutaj robię?! „ Mam pocieszać w tym hałasie, czy opowiadać o moich zmaganiach, a może powiedzieć im coś o Bogu? Ale wszystko już przez te lata znajomości zostało powiedziane, zaproszenia na ewangelizację rozdane, świadectwo życia w miarę w porywach...
Albo w takiej szkole. Co ruszysz to problem. I słuchaj tu, jak matka wyjechała zarabiać na zachód, bo ojciec owszem kiedyś był. I teraz nastolatek sam mieszka. Rzadko chadza do szkoły. Pewnie znowu nie zda. A ta dziewczyna? Brzuch już widać wyraźnie. Dociągnie do matury czy rozsypie się? A ta z papierosem w toalecie z dwoma chłopakami? Oni nic wielkiego, była przecież przerwa... A tamta na terapię mówi, że nie potrzebuje, szkoda czasu.
I znowu te myśli, co ja tutaj robię? Ganiam po korytarzu, kontroluje toalety, w przerwach nauczam i pouczam, organizuję zastępstwa i gadam przez telefon, a miłosierny Bóg spogląda na mnie i przymruża oko.
Oj Panie Boże, chciałabym tak do eremu, do pustelni, albo chociaż na bezludną wyspę! Jestem przytłoczona swoją bezradnością, gonitwą za wiatrem, ciągłym poczuciem, że za mało, za rzadko, za opieszale, nie w porę, nie w tym miejscu i czasie...
Ale co ja mogę? Robię co mogę, a jak już nie mogę, to siadam i modlę się. Brak mi Panie rozumu na ten świat taki straszny, taki okrutny. Na ludzi nieczułych i pustych. Na siebie samą taką nie taką jak chciałabym być, podobać Ci się.
No może jeszcze pośpiewam w czasie drogi do szkoły, do domu, do przedszkola, po zakupy na chwałę Panu w mojej samochodowej komorze. Nie fałszywie, z całego serca, chociaż może nie bardzo ładnie. I tylko ten kierowca obok stuka się w głowę, gdy widzi jak zamykam oczy na pasach i uśmiecham się do siebie.

środa, 11 stycznia 2012

Wierszydełko o odchudzaniu czyli postanowienia noworoczne

I po raz któryś z rzędu
spadła kartka z kalendarza.
Ktoś odszedł, ktoś narodził się,
codziennie tak się zdarza.

Czas zyski, straty sumiennie podliczyć.
Po pierwsze, mądrzej trzeba żyć,
nie jak dotychczas,
żeby nie zostać z niczym.

Wiadomo przecież: nie pić, nie palić,
nie przeklinać i w ogóle nic na „pe”,
W pogoni za szczęściem się zatrzymać.
No i zdecydowanie... odchudzić się!

Zerwać te wszystkie miałkie znajomości.
Nie obgadywać bliźnich.
Nie irytować się. Nie złościć.

I jeszcze może parę kilo zgubić,
żeby pokochać innych
siebie należy polubić.

Przestać toczyć jałowe spory,
i jeszcze może z wagi spaść,
żeby zachować zdrowie... twarz?

Stopom wąskie ścieżki polecić
dzieci niańczyć i uczyć...
Następny rok zleci.

No, może by jeszcze parę deko ...
Trzeba się potrudzić!
Żeby nie tylko na duszy lżej...
Podobnym być do Ludzi.