Blog Beaty Jaskuły-Tuchanowskiej

poezja i proza życia

sobota, 16 lipca 2022

Urlop

 Może zupę przesolę. 

Zawsze to jakaś interakcja będzie...

Może szyby wyczyszczę,

Trzeźwiej na świat popatrzę...

Pot cieknie po garbie 

A dopiero południe.

Dziecko na spacer,

Psa wyprowadzić.

Rodzinę ugościć.

Wakacje A więc lody...

I tylko jakoś dziwnie

Zmęczony człowiek

I nie ma czasu na papierosa

Podczas urlopu.


czwartek, 7 lipca 2022

Duch Sarmaty

 Wiadomo duch Sarmaty - dumnego polskiego zaściankowego szlachetki drzemie w nas Polakach. Ksenofobia megalomania, tradycjonalizm, powierzchowna religijność, ale też szacunek dla dam i osób starszych. Chociaż jakby tak dobrze się zastanowić to cechy bardziej mojego pokolenia niż współczesnego.

A  w starym dworku może dojść do jakichś sporów, szczególnie gdy do stołu zasiada 15osób z różnych środowisk.

Zacznę od kotka małego, trójkolorowego z domieszką szarego, bo mieszkał w kotłowni. Z całej rodziny tylko on nie bał się przekraczać progu domostwa.  Upodobał sobie mnie i Martynkę, no i starszą panią lat 87.

Do mnie koty przychodzą czy to z powodu mojej kociej natury a zwłaszcza chadzania własnymi ścieżkami   czy to z powodu tego, że pachnę kocurem  moim Kropkiem.  W każdym razie kotek ocierał mi się o nogi  siadał na kolanach Martynki lub obok. Nie był nachalny. Nieśmiały, chudziutki, nawet cichuteńki głosik rzadko dobywał z siebie.

Innego rodzaju relacje miał że starszą panią, którą przywiózł syn i wnuk. Pani porusza się o lasce, jest silnie przygarbiona  wydaje się niesprawna a na dokładkę z oznakami demencji. Syn zapewnił, że to mylne wrażenia a on dowiezie leki mamusi. Po czym zniknął i telefonu nie odbiera. Podobno wyjechał na Kanary. Pani lekko zagubiona w czasie i przestrzeni nie zawsze dochodzi na zabiegi i  posiłki. A jak dochodzi to podkarmia pod stołem kotka, mimo próśb i zakazów kierownictwa Kliniki. Kotek tak się zadomowił  że zaczął zaznaczać tu i ówdzie swoje terytorium.

Afera wybuchła, gdy kotek ośmielony dokarmianiem zaczął wchodzić nawet przez okno. W obronie starszej pani wabiącej go kiełbaską stanęła przedstawicielka młodszego pokolenia, twierdząc że starszym osobom nie należy zwracać uwagi, trzeba wybaczać dziwactwa, nawet w obliczu zagrożenia kontrola Sanepidu.

Cóż, kotek zniknął. A dzisiaj w jadalni nowa awanturka. Pani starszą okazała się namiętna palaczką. Odkryto u niej w łazience i pokoju siwy dym i zapach niepozostawiający wątpliwości.  Dookoła piękny olbrzymi park  pełno ławeczki ustawionych pod kaskadami gałęzi, ławy, stoły i wydzielone miejsca  gdzie tzw.kuracjusze mogą oddawać się zgubnym nałogom a tu...babcia nikotynka!

Po raz kolejny wybuchł skandal.  No jak można starszej pani publicznie zwracać uwagę. Co za nietakt. A że Dwór częściowo drewniany mógłby spłonąć?! Oj tam, oj tam nie wypada i już! Obrończyni seniorki tak się zacietrzewiła, że postanowiła opisać Klinikę nagannie traktującą starsze samotne kobiety.

Sala podzieliła się, dyskusja stała się zażarta, co niektórzy poobrażali się,  innych wyzwano od obojętnych i nieczułych na los biednego kota i staruszki.

Ach, westchnęłam cichutko  dobrze,  że nie palę i  nie dokarmiałam kota. Jedynie przekazałam tajną informację matce ofiary  która spotkała nas na wieczornym spacerze w parku. Ale o tym sza!


środa, 6 lipca 2022

W małym dworku


Naprzeciwko siedzą trzy Grację. Lekko podstarzałe, nadszarpnięte zębem czasu. Po pierwszym dniu wiem, że jedna z nich miała firmę rozliczeniową, a potem udar.  Męża, który ją dostarczył i dwie córki. 

Druga ma endoprotezę, męża, trzech synów i niezliczoną ilość wnuków, bodajże 8mioro. I wielki dom z ogrodem.

Trzecia nic nie mówi. Przyjechała z przystojnym mężem. Asystuje mu. A on biega po okolicy, konwersuje w kuchni z kucharką i czaruje uśmiechem. Ma sztywny kręgosłup, prawdopodobnie po operacji. Siada na krześle okrakiem. Nie je tego co wszyscy, chociaż wyżywienie jest w miarę przyzwoite. Jada płatki.

To z jego powodu usiadłyśmy do tego stołu. Jego uśmiech i miłe słowa oczarowały Martynkę. Z miejsca chciała z nim pójść na spacer.

Przy drugim stole też siedzi jedyny młody mężczyzna. Przerażony biega  na ćwiczenia, nie odzywa się. Tyle samotnych kobiet...

Przy tym stole siedzi staruszka, chodząca o lasce. Przwiózł ją syn i wnuk. Właściciel miał wątpliwości czy pani poradzi sobie ze schodami i samodzielnością. Okazało się,  że świetnie, mimo pewnej niesprawności ruchowej. Poza tym zmaga się z lekką demencją. Zapytała mnie po obiedzie, czy towarzyszy mi syn czy wnuk. Nie obraziłam się.  Po pierwsze chciałam mieć syna. Po drugie jestem w wieku, w który mogę mieć 13to a nawet 18to letniego wnuka. Pani przepraszała za każde zadane pytanie. 

Nie chciało mi się prostować ścieżek rozumu starszej pani, bo akurat byłam wściekła na zestaw ćwiczeń Martyny.

Jest jeszcze Calineczka-mała, drobna w kwiecistej sukienki i z przylepionym uśmiechem do ust. Powtarzała-kocham starsze panie, po czym wsiadła na rower i pojechała do pobliskiej wsi po 5 przeterminowanych cukiereczków.

No i Gwiazda, zasiadająca do posiłków w sportowym staniczku i jeszcze jakieś kobietki bliżej niezidentyfikowane. W sumie 15osób.

Nie mam czasu na głębsze obserwacje. Karmię i biegam na kolejne zabiegi z Martyną. Całe szczęście ma apetyt i na razie brak ataków. Dostaje od mamusi jedną groprinosinum na noc. Wiadomo najlepszym wraczem w okolicy zawsze mamusia.

Chodzimy też na spacery, chociaż komary wieczorem tną niemiłosiernie. Oddaję się lekturze, przeczytałam "Zawiszę.."od dwóch lat zalegającą półkę. 

W dworskich bibliotekach i pokojach  pełno książek. Z nudów nie umrę. Odpoczywam w cudownym otoczeniu! Wprawdzie jedną z kuracjuszek zrezygnowała, gdy dowiedziała się, że tańców nie będzie, ale jest cudownie. Przecież nie ma to jak urlop w doborowym towarzystwie. No i te wakacyjny luzik!

Wpisani w historię

 Historia Nowegodworu jest ciekawsza od mojej fantazji. Nie na darmo powtarzam, że życie pisze najciekawsze scenariusze. 

Otóż te ziemię powiatu rawskiego już w XIII w. były siedzibą królewskiego dworku myśliwskiego. Później gościli tu wielmoża. 

I tak jak zmieniała się historia ziemi mazowieckiej, tak zmieniały się losy dworu. Przechodził z rąk do rąk.  Drewniany budynek gościł wojska władzy carskiej, pruskiej, francuzkiej. I rozbiór, II rozbiór, czasy Księstwa warszawskiego, w końcu rok 1906, który przyniósł tragiczną śmierć właścicielce dworu to jakby całe tomy, opisujące przejmujący los naszej ojczyzny. 

Dwór trafił w końcu i został rozbudowany przez hr. Ochojskiego  w latach 20tych XX wieku.  Podobno hrabia był to wspaniały gospodarz 300hektarowej posiadłości, człowiek z wyższym wykształceniem rolniczym, potrafiący doskonale wykorzystać potencjał żyznych ziem. Na terenie majątku można zobaczyć pozostałości po wspaniałych stajniach, lodowni, wozowni,  domku rymarza czy ogrodnika.  Przejść przez park obfitujący w różnorodność drzew i krzewów, w tym blisko 200letniego dębu.  Posłuchać i zobaczyć liczne gatunki ptaków.

Właściciel władał biegle kilkoma obcymi językami. Ożenił się z właścielką sąsiedniego dworu, wdową, a jej syna adoptował.

Gdy wybuchła II wojna światowa pozostał w majątku, którym nadal zarządzał za zgodą niemieckiego okupanta. Jego rodzina w 1939 roku emigrowała do Anglii. Gościł i ukrywał w swym majątku zubożałą okoliczną szlachtę.

Po wojnie, władze komunistyczne rozparcelowały majątek. Wysiedliły właściciela, nie pozwalając mu zamieszkać nawet w pobliżu ani połączyć z rodziną za granicą. Teraz wokół majątku można podziwiać ogromne sady, wydające bogate plony jabłek, gruszek, wiśni...

Hrabia Ochojski zmarł w przytułku podwarszawskim w nędzy i niedostatku.

We Dworze mieści się Klinika Rehabilitacyjna.


Normalnie nie banalnie

 Zachwycają mnie rzeczy drobne. Śpiew ptaków o poranku, szum deszczu wieczorem,  zieloność trawy, biel ukrytej ławeczki w parku...Mały wielobarwny koteczek chodzący za Nowym człowiekiem i nadstawiający trójkątny łepek do smerania. 

Na ścianach dworku wiszą czarno białe zdjęcia ludzi o nieznanej tożsamości.  Patrzą martwymi oczyma na grupę ludzi panoszącą się po ich, być może  Dworze. Ten w mundurze legionisty wsparty na lasce jako żywo przypomina Dziadka. Tamta panienka w sukni wieczorowej z wielowarstwowych falbanek, pewnie różowych, uśmiecha się beztrosko, nie znając wojennej przyszłości swojego domu. Może to były właściciel dworku, może to jego córka-panienka ze dworu. A tam zdjęcia z rautów, balów, polowań.    

Pokolenie stracone. 

A potem? Może był tu w czasie wojny lazaret, w latach komunizmu Dom Dziecka ? A po zmianach lat 80siątych zakupił ruinę wraz z parkiem znany filmowiec?

Może rozegrał się w tych murach dramat lub zbrodnia? Któż to wie...

Deski pod stopami uginają się, śpiewając swoją własną historię - słowiczą pieśń przeszłości.  

Zdecydowanie wolę wątek o nudnym rodzinnym życiu jakiejś zupełnie przeciętnej, aczkolwiek szlachetnej i wykształconej familii. Ale czy takie istnieją? Normalne ale nie banalne?

piątek, 11 grudnia 2020

A ja sobie leżę

 A ja sobie leżę na lewym boku i nie mogę zasnąć. Co tu dużo mówić, zdarza mi się to coraz częściej. Zakończyłam tydzień zmagań przed komputerem z uczniami, których uwagę usiłuję skupić przez 45 minut. Nie ze wszystkimi mi się udaje. Logują się a potem... No cóż są nieobecni. I to dosłownie. Wpisuję nieobecność, bo delikwent nie odpowiada na pytania. Czasami pojawia się po jakimś czasie, obwieszczając grobowym tonem, że ktoś go wyrzucił, internet mu się zawiesił, kamera się popsuła, pies zżarł ćwiczenia, młodsze rodzeństwo biegało, u sąsiadów trwa remont... Każę pisać na chacie, rysuję wykresy, opowiadam lektury, cytuję, recytuję, i sprawdzam, sprawdzam, sprawdzam... No pewnie, po co tyle zadawać? I tak rodzice będą wściekli, że za dużo a oceny słabe. Dzisiaj sprawdzanie skończyłam o 19.30.Koniec semestru, więc z 211 wiadomości z różnego rodzaju pracami, zostało mi 90.  Przez weekend może się wyrobię. No bo tu obiad trzeba ugotować i z psem na spacer i dziecko utulić do snu... 

A mimo wszystko zdałam sobie sprawę, że jestem szczęśliwa. Idiotycznie, niepopularnie, bez fanfar, tak po cichutku uśmiecham się do siebie... Obok śpi kot, i inni domownicy nieco dalej. Są. Mam dom, który lubię. Cały czas go moszczę i ubarwiam, by służył wygodzie i oku. Pracę. Męczącą zdalnie, oczekiwaną stacjonarnie. Pasję. Przyjaciół, którzy coraz rzadziej dzwonią, ale rozumiem ich zaplątanie w kokonie codzienności pandemicznej, bo i mnie coraz trudniej wydobyć się z izolacji. Boga. Nie na nabożeństwie, w kościele, na studium biblijnym. Ach jak tęsknię za tą częścią mojego życia! Ale mam Go obok mnie, że mną, przy mnie. Wsłuchuję się w Jego głos. Co chcesz mi powiedzieć mój Mistrzu?... Dobranoc? 

sobota, 15 sierpnia 2020

Dzikie świnie

 Niedzielny poranek na bulwarze nadmorskim, kiedyś zwanym szwedzkim, miał być radosny, słoneczny, przebiegany swobodnie po trawie, odprężający. Niewielu rolkowiczów i spacerujących dawało nadzieję na cudowny czas. Niestety, pierwszym zgrzytem stały się okrzyki w słowiańskim brzmieniu ekipy sprzątającej plażę. Olbrzymie czarne wory wypełnione butelkami, raczej nie po mleku, zniechęciły twardziela, który przysiadł na schodku, zwiesił głowę, zapalił papierosa i milczał znamienne mimo pokrzykiwań kolegów. Nie wiem dlaczego odebrałam jego postawę za wyraz totalnego zniechęcenia tytaniczną i iście syzyfową pracą. Przecież palenie na świeżym powietrzu nikomu nie szkodzi poza samym delikwentem. No i może pracodawcy, nieświadomemu lub pogodzonemu z nieuniknionym. Co ciekawe od czasu, kiedy spaceruję z psem zauważyłam, szczególnie w grupach mężczyzn pracujących w parkach swoisty podział jeden do trzech pracujących do palących. Na przykład takie koszenie trawy. Jeden kosi trzech pali a z powrotem gdy wracam po godzinie proporcje bez zmian, tylko zestaw ekipy się zmienia. No i długie Polaków rozmowy niekoniecznie prowadzone w literackiej polszczyźnie.

Ale wracając na bulwar tego dnia zobaczyłam co zostaje po nocnych biesiadach plażowych. Masa potłuczonych i porozrzucanych butelek, resztek jedzenia, opakowań, poprzestawiane kamienne ławki... Słowem jedno wielkie śmietnisko. Przypomniały mi się słowa Ignacego Krasickiego z satyry "Pijaństwo" o człowieku :"człowiekiem jest z pozoru, lecz w zwierząt gatunku godzien się mieścić". Smutne. A tu nagle na potwierdzenie moich przemyśleń ujrzałem wielką rzeźbę dzika, stojącą przy Browarze. Kto to tu i po co postawił? Pewnie dla reklamy, pomyślałam.

Pauza zaczęła szczekać i radośnie podbiegła do" dużego psa", chciała się pobawić. I nagle dzika świnia się poruszyła, zanurzyła łeb w śmieciach z radością. Pies ją wiernie naśladował.

Mój spacerowy krok zmienił się w oszalały sprint. Gwizdałam pomiędzy atakami zadyszki a mój wielce zdziwiony szczeniak biegł za mną nie rozumiejąc czemu przerwałam mu wspaniałą zabawę i drugie śniadanie. No cóż, wszędzie można spotkać dzikie świnie, ale czy koniecznie trzeba się z nimi zaprzyjaźniać?