Moje miasto o poranku jest piękne. Tak dawno nie przyglądałam mu się uważnie. Zaniedbałam je.
Krzyk mew od zawsze mi towarzyszy. Wychodzę 6.30 z Pandemią na smyczy. Kropi. Sunia siada zdumiona. Nie chce wyjść za bramę. Podnosi ku mnie oburzone zezowate oczy:
-- Jak możesz mi to robić! Przecież pada mi na łeb, a trawa jest mokra!
-- Trawa? Jaka trawa? Ten kawalątek przed kamienicą, oblegany na ławeczkach w słoneczne niedzielne południa przez sąsiadów?!
-- Ale to ludzie.
-- No, ludzie są sympatyczni, szczególnie dla takich szczeniaczków jak ty.
-- Bo ja jestem ich bratem a właściwie siostrą młodszą? - psina macha ogonkiem z białą kitką, potwierdzając koncepcję niejakiego Franciszka.
-- Nie martw się, jakby co posprzątam, noszę te zielone torebki i ...chodź, popatrzymy na miasto, moje miasto, a teraz i twoje. Tu widzisz już za rogiem był ogródek przedszkolny. Rosły piękne stare drzewa a dzieci ze śmiechem biegały po alejkach. Psom nie wolno było tam wchodzić co prawda, ale drzewa szumiały. I nic nie zaciemniało o poranku widoku z okien wyższych pięter mojego domu. A teraz co? Bank, wielkie gmaszysko! A tu obok było słynne kino "Atlantic". Umawiałam się przed nim na randki z chłopakami.
-- Co to randki?
-- Zobaczysz jak urośniesz. Teraz przez to kino spać nie mogę do rana. Dyskoteki, pijackie krzyki, taksówki nad ranem. Policja! Cały weekend!
-- A tam z tyłu jakaś trawka...
-- Jakaś....alejki z wybojami i kurzem, trawniki w psich odchodach nie sprzątanych przez właścicieli, pijacy na ławeczkach. Wieczorem strach! Teraz pusto! I pomyśleć, że kiedyś zjeżdżałam z tych górek na sankach! I moje córki też! Chociaż już były zabudowane przez te paskudne garaże w ruinie obecnie!
-- Nie chodźmy tam! Boję się pijaków!
-- Ja też Pauzuniu, do nogi. Chodź przejdziemy się ulicami mojego miasta. Jest piękne!
Pies przystaje zdumiony. Trzy maleńkie spłachetki wytartej i obsranej trawy przed ekskluzywnym nowym budynkiem, zapełniającym skrzętnie podwórko mojej przyjaciółki z klasy Kasi nie są dla niej zachęcające.
-- No chodź! Tu widzisz była kiedyś Moda Polska, taki ekskluzywny sklep. Moja mama pamiętam kupiła tam suknię balową z odkrytymi plecami z szarego lnu, z haftem kaszubskim na przodzie. Ta suknia zrobiła furorę za granicą, gdy rodzice poszli na "jakiśtam" raut. I ja też jako nastolatka kupiłam sobie tęczową rozkloszowaną sukienkę, zamiast roweru. Była droga i miałam wybór. Padło na sukienkę. Jak ja pięknie w niej wyglądałam w zaplecionych w koronę warkoczach. Sama Maryla Rodowicz nie mogła oderwać ode mnie wzroku w Grand Hotelu podczas sopockiego festiwalu. A tu na rogu kwiaciarnia. Uwielbiam kwiaty. Najchętniej cały balkon bym nimi obwiesiła, ale nie mogę, bo nie będzie miejsca ani na podusię dla ciebie, ani na miejsce dla Kropka, ani na pranie. Znam się na kwiatach, w końcu mam dyplom florystki i pracowałam parę lat w kwiaciarni na końcu tej ulicy. A na jej rogu wciąż stoi Dom Rzemiosł, w który mieścił się kiedyś mój Teatr Dramatyczny. Chciałam zostać aktorką i uczęszczałam do Studium Aktorskiego.
Pauzę nic nie obchodzą moje opowieści. Chce wracać do domu. Betonowa pustynia pod stopami jest mokra, na jezdni pojawiły się pierwsze samochody. Wchodzimy do piekarni. Tu sunię witają uśmiechnięte sprzedawczynie. Pauza macha ogonkiem, wszyscy są dla niej tacy mili, rozpływają się wprost nad jej szczenięcą urodą.
-- Byle się nie posikała ze szczęścia - myślę i kupuję cztery bułki.
Mijamy sąsiednią kamienicę. Pauza vel Pandemia przysiada w bramie. Może chce wejść na podwórko, na którym jej pani skakała z kolegami i koleżankami z klasy przez skakankę i stylowo zwisała z trzepaka. No i oczywiście wracała do domu przez płot, za co była usilnie ścigana przez dozorczynię. Teraz w mieszkaniu bliźniaków mieścił się...bank. Tak jak i trzeci z kolei na przeciwko. Wielki stary gmach w stylu art deco, od lat niszczał smętnie niezagospodarowany na sprzedaż. A teraz w jego cudownym ogrodzie developer stawia nowoczesny wieżowiec. Lokalizacja w centrum miasta a nie zabytek zadecydowała o zakupie. Ogród bankowy i tak był niedostępny dla dzieciaków z okolicy, ale w banku pracowała mama i czasami wchodziłam do środka, by podziwiać piękny marmurowy holl i wysokie kolumny. Obok też był zielony placyk z ławeczkami. Teraz po nim nie ma śladu, tu stoi mało uczęszczany dom handlowy Kwiatkowski z pomnikiem budowniczego Gdyni, równie szarym co otoczenie. "My Polacy lubimy pomniki" - przypomina mi się fragment wiersza Gałczyńskiego, bo uświadamiam sobie, że to drugi na niewielkim odcinku prostopadłych ulic. Przechodzimy obok kultowej kiedyś "Cyganerii" teraz głuchej i ciemnej, zamkniętej na trzy spusty z powodu pandemii.
Docieramy na podwórko. Na nasz trawnik. Szybko i po sprawie wracamy mokre do domu.
Moje miasto jest piękne - powtarzam i uświadamiam sobie, że miasta z moich wspomnień już nie ma.
wtorek, 19 maja 2020
poniedziałek, 18 maja 2020
cd.zapisków
Dzień
o rzesz...ków
Pauza
vel Pandemia dostała trzecie imię – Panda od p.męża. Trafnie!
Te jej psotne oczęta otoczona czarną
obwódką i łzawy wzrok, gdy spsoci… A w tym jest mistrzynią!
Fizjologia rozprzestrzeniona na dywany, koce, parkiet...to tylko
fizjologia, ale jej apetyt na pogryzanie wszystkiego w zasięgu
wzroku nie mniej trudny do spacyfikowania. Nie
wspomnę tych wszystkich podziurawionych skarpetek i ponadgryzanych,
nie w porę schowanych butów, porozrzucanych kartek i książek.
Tych mam pod dostatkiem. Ofiarą
padła noga od antycznego stołu, po
moich dziadkach,
stojącego w salonie. Ja tu sobie lekcje skrobię – to znaczy
gadam do monitora te cztery-pięć godzin z przerwami, a ona taka
grzeczniutka pod stołem: „chrup, chrup, chrup….” Myślałam,
że z radością obgryza kosteczkę od pana, który cieszy się, gdy
sunia macha ogonem na jego powrót do domu i przysmaczek wyciągany z
zakamarków siatkowych. A tu owszem, kostka zżarta i kawałek
pięknie rzeźbionej nogi stołu. No cóż, nakrzyczałam,
przykryłam stół długim do ziemi obrusem i udaję że nie widzę.
To
moja stara wypróbowana metoda: nie widzę niedomytych okien, kurzu
na bufecie, sterty piętrzących się prac...przecież nie uciekną
do jutra, zdążę jeszcze się nimi nadenerwować. Dla zachowania
równowagi duchowej i pokojowych myśli wsypałam do miseczki
orzeszki w karmelu. Taki mały grzeszek obżarstwa. Skubałyśmy z
Martynką zgodnie. Nie za dużo nie za mało. W sam raz.
Podczas
lekcji znowu afera! Ktoś kogoś wyłączył, komuś nie działa
mikrofon, ktoś tam pisze na chacie niekoniecznie na temat. Mamusia
w tle słucha, co też
ten nauczyciel..., uczennica robi głupie miny, bo rodzicielka
słucha. Uczeń
zajmuje się młodszym rodzeństwem w czasie lekcji, bo mama w
kuchni, na zakupach, w toalecie. Ojciec
krzyczy coś tam w tle do syna. Słyszę : „ Mówię do ciebie...”
i odzew „Mam lekcję!”. Wyciszam uczennicę, której mamusia
pracuje równocześnie na drugim komputerze i podaje dane
korporacyjne. Myślę sobie, że trudno tak na kupie siedzieć 24H i
wszystko robić razem. Szczególnie, gdy to jeden pokój. Przerwa,
wychodzę po kawę do kuchni. Wracam, zaraz następna lekcja. I co
widzę?! Pauzunia na stole zajada nasze orzeszki w karmelu!
„Wynocha” - wrzeszczę, i zaraz zastanawiam się, czy aby na
pewno wyłączyłam fonię. No, nauczyciel nie może być
nieopanowany, nie może używać wulgaryzmów typu:
„Ożesz...ku”...Musi być stabilny emocjonalnie, empatyczny,
nawet wtedy, gdy rodzic dzwoni późnym wieczorem, próbując wywrzeć
presję, by podwyższyć synowi ocenę na koniec roku, bo „on nie
wierzy we własne siły”. Oczywiście przeze mnie nie wierzy, a
jakże! Za surowa, wymagająca, za miła, za delikatna, za bardzo,
za mało,
za dużo,
za….No cóż i tak mam wrażenie, że ostatnie dwa miesiące –
jak ten czas leci – namnożyło mi się bardzo dobrych prac
domowych i że ocenę roczną ostatecznie wystawiam rodzicom!
Tak,
dwa miesiące i Pauza urosła dwukrotnie. Gdy przybyła do nas
ważyła półtora kilograma, teraz trzy i pół, może już
wychodzić na cały etat na dwór, bo jest po trzecim szczepieniu i
na wściekliznę też. Nabyłam dla niej obrożę przeciw kleszczom…
i zapłaciłam w sumie ponad trzysta złotych. No, no...wszystko
podrożało w sklepach, usługi również.
I
jeszcze sforsowanie barykady w łazience. Najpierw Pauza obgryzała
wiklinowy kosz na pranie, wstawiłam więc go do kąta i zasłoniłam
stołeczkiem. Działało przez tydzień. Dzisiaj sunia wskoczyła
na stołeczek, na kosz, na pralkę i wyżarła z pojemnika swoją
karmę! „Ożesz...” gdzie mam wstawić kosz? Do salonu? A
stół? Jednym słowem „na psa urok!” Ta nasza sunia rozstawia
nas po kątach!
poniedziałek, 11 maja 2020
cd. Zapisków z czasów pandemii.
Dzień
następny
I
wszystkie te zakazy i nakazy. I wóz z megafonem wypowiadający
stentorowym tonem:
– Uprasza
się o pozostanie w domu!
– Zostańcie
w domu!
I
coraz gorsze wieści! I teoria spisku! I wielcy tego świata
zarabiający na pandemii! I wybory! I chińskie laboratorium, które
wypuściło to świństwo na świat. I nietoperze!
I
bądź tu mądry i pisz wiersze!
A
ja to głupia jestem, i jednym uchem słucham a drugim wypuszczam!
Rano wolę posłuchać krótkiego i na temat spichu ulubionego
pastora a potem coś mądrego przeczytać z Księgi. Sprzątnąć
łazienkę, zmienić matę, pozbierać psie kupki, wytrzeć podłogę,
otworzyć okno,włączyć wentylator, nakarmić kota i psa. Może to
wszystko w jakiejś odwrotnej kolejności, bo jeszcze tradycyjnie
śniadanko w łóżeczku...no i spacerek. Przymierzam się do
spacerków jak do jeża. Bo to strasznie rozleniwiłam się przez
ostatnie lata. Zero sportu! I teraz na stare lata zachciało się
babie psa. A dupka ciężka, przyrosła do kanapy. A ileż to razy
Piotruś zachęcał do morsowania! A ja ciągle te wymówki, bo
kościół, bo Martyna… Prawda jest jednak inna...Lenistwo,
gnuśność taka zapyziała, ciepełko domowych pieleszy! Gotowanie,
sprzątanie, kwiatki na stole, rodzina w niedzielę po kościele na
obiedzie, rutyna, rutyna i nuda!
I
nagle zmiana! Powolna! 5.30 pobudka! Piszczy żałośnie to małe
na krzywych łapach i nie ma zmiłuj, bo w nocy nie spałam, bo
wstawałam, bo Martyna...I znowu te wymówki, że regularnie to
zacznę po trzecim szczepieniu wychodzić, a teraz to tylko tak
socjalnie, dla oswojenia z otoczeniem.
To
wszystko prawda, bo Pauza vel Pandemia mała boi się miasta jak
choroby! Nie dziwię się jej! Brudno, podwórko i auta obsrane
przez gołębie i mewy, rano ich krzyk przyprawia o palpitacje i
zniżają lot...mogłyby takie maleństwo porwać i pożreć na
surowo...toż to waży półtora kilo zaledwie. Samochody, megafony,
zgrzyty, nieznane odgłosy, wielkie psy...Świat psiego niemowlaka
przeraża. Pauzunia podkula ogonek z białą kitka na końcu, chowa
się za moją nogą i nieśmiało wygląda, serduszko jej wali, mało
nie wyskoczy...ciągnie do domu.
Następnego
dnia wyciągam autko i jadę z nią nad morze. Tu jej się podoba,
zaczyna nawet nabierać tempa w chodzeniu. Ale szybko się męczy.
Chce wracać, przysiada i patrzy na mnie zagubionym wzrokiem jakby
mówiła:
– Do
czego kobieto mnie zmuszasz?!
A
ja patrzę w te jej małe zezowate i łzawe oczęta i myślę:
– Do
czego ty mnie jeszcze zmusisz?
I
już widzę świetlaną przyszłość jak to, no może nie biegamy,
ale ranną porą szybkim krokiem przemierzamy bulwar w tę i z
powrotem i bez zadyszki docieramy do domu. Ach jaka ja będę
szczuplutka! Wracam dumna z siebie i Pauzy do domu. Mąż zdziwiony
podnosi wzrok znad gazety.
– Tak
szybko? - dziwi się. – Znad morza w dwadzieścia minut?
Skruszona
przyznaję, że podjechałam autem i byłam poza tym znacznie dłużej.
Widzę potępienie w męskim oku. No cóż, a kto powiedział, że
będzie łatwo? W czasach pandemii z Pandemią?
Dzień
zazdrości i rymowania
Jedziemy
w odwiedziny do Pandemii rodziny. Nawet fajnie mi się zrymowało.
Moja rodzina według krwi w kwarantannie tkwi. Zięć wrócił do rodziny z Danii-Norwegii-Holandii. Dwa tygodnie w domu. Trzeba poprzestać
na kontakcie telefonicznym, a wnuki oglądać tylko na you tubie albo
watsupie. Takie czasy. A więc pozostaje psia rodzina. Jak tam
Kleksik braciszek Pandemii czyli Pauzy?
W
Starkowej Hucie czekali na nas z obiadkiem. Psy dopadły do siebie,
obwąchały i zaczęła się gonitwa po podwórku. Pisk, wrzask, i
pod nogami kłębowisko. Rudy kocur przystanął zadziwiony.
– Czy
mi się w oczach dwoi? Był jeden a są dwa! - stał dłuższą
chwilę, po czym wziął nogi za pas, żeby te dwa wariaty go nie
staranowały.
No
cóż, miejska sunia nie ma startu do wiejskiego psiska. Podobno
Kleksik dożywiał się dodatkowo w przydomowym kompostowniku, więc
teraz jest dwa razy większy od Pauzy. Ale ta miejska mikruska wcale
nie ma mniejszego bojowego ducha. Walczy z bratem, co rusz
przywalającym ją ciężką łapą ku ziemi.
– Tu
twoje miejsce, ja tu rządzę! To moje terytorium! - Kleks dumnie
reprezentuje stanowisko całego męskiego rodu.
Jednak
Pauza nie jest dłużna. Wyszczerza ząbki igiełki, piszczy i
dzielnie walczy. W końcu zakurzona, wytytłana w kurzu idzie
odwiedzić razem z nami swoje przyszłe letnie pomieszkanie.
Obwąchuje trawniczek przed bungalowem i teraz ona zostawia pamiątkę
– pierwszą na świeżym powietrzu zrobioną kupkę! Hurra, pani
cieszy się i chwali pieska, gospodarze, którzy w międzyczasie
nauczyli już Kleksika chodzić do pobliskiego lasku za potrzeba, tym
razem gościowi wybaczają. Ale uważaj sunia, musisz tu przyjeżdżać
częściej i brać przykład ze starszego o cztery dni kuzyna!
Po
dłuższej dyskusji i konfrontacji obu piesełek dochodzimy do
wniosku, że to nie rodzeństwo a kuzynostwo. Kleks urodził się
cztery dni wcześniej! Nic więc dziwnego, że jest większy.
Oddycham z ulgą, a więc nie karmię jej marnie, chociaż nie mam
kompostownika! Wsiadamy wymęczeni świeżym powietrzem, spacerem,
towarzystwem.
– Ach
mieszkać na wsi! - marzę. Piesek na swobodzie, kot własnymi
ścieżkami, Martynka na spacerze bez maski, obiad w miłym
towarzystwie na tarasie, ile to potrzeba do szczęścia? Niewiele.
Tylko czy to nie jest tak, że pragnie się tego, czego akurat brak?
wtorek, 28 kwietnia 2020
zapiski z czasów pandemii czyli dzień piaty...dziesiąty
Dzień
piąty….i dziesiąty
Szkolenia,
szkolenia, rady...któż z nas nauczycieli ich nie lubi? Oczywiście
sarkazm w dobie korono wirusa jest nie na miejscu. Siedzi sobie
człowiek na takim szkoleniu, w domku, w ciepełku i te dwie, trzy,
cztery godzinki...jak z bicza trzasł...mijają. Ach ci nauczyciele
to mają dobrze, nic nie robią.
Zadają
tylko niepotrzebnie tyle prac do domu, a potem sprawdzają,
sprawdzają, spra….i wysiadł mi komputer. Chyba przegrzał się
na łączach. Tak jak i ja. Bo o ile w szkole staram się ograniczać
prace domowe, bo w końcu tyle mam innych możliwości ocenienia
ucznia: odpowiedzi, lektury, aktywności, prace na lekcji, wiersze,
itd. to teraz skazana zostałam wręcz na górę prac do sprawdzenia.
Wymyślam więc nowe narzędzia, bo na przykład jak mam sprawdzić
zaległy wiersz i samodzielną jego recytację? Otóż myślałam,
myślałam i….wymyśliłam. Przecież młode pokolenie jest dużo
sprawniejsze techniczne od pokolenia nauczycieli. Teraz niech więc
oni nagrają dla mnie filmik na you tube z własną produkcją a ja
ich ocenię.
Męczy
mnie bowiem fakt, że ja tu się produkuję jak jakaś gwiazda
filmowa w pełnym makijażu od rana a oni sobie napoje przed ekranem
popijają w pidżamach, zajadają płatki śniadaniowe, wychodzą do
toalety, rozmawiają z młodszym rodzeństwem właśnie podnoszącym
rozczochraną głowę z posłania w tle kadru lub bawią się w
najlepsze z kotem-psem-chomikiem-rybkami, dyskutują z rodzicami,
wyłączają sobie nawzajem głos...W końcu zostaję na polu bitwy
sama, a właściwie tete a tete z kamerą i głośnikiem. Nota bene
istniejącymi tylko dzięki mojemu p.mężowi, który ni z gruszki ni
z pietruszki, gdy już poddałam się rozpaczy po dwóch dniach z
informatykiem szkolnym, czyszczącym mój stary komputer, a raczej
jego zwoje z nadmiaru epic games, zainstalowanych przez mojego
uroczego wnuka, z tysiąca testów i sprawozdań blokujących pamięć
i miejsce, z zainstalowanych kamer i głośników przez córkę,
które i tak nie działały, i wyciągnął z przepastnej swej szafy
laptopa i stwierdziwszy, że i tak go nie potrzebuje, wręczył mi go
od niechcenia. Dostałam go na marginesie, bo wnuk takiego chłamu
nie chciał. Zbiera kaskę na porządny sprzęt do gier i...nauki,
oczywiście.
A
więc ja tu walczę przed staro-nowym laptopem codziennie od rana,
potem biegnę do e-dziennika w stacjonarnym, żeby to wszystko
pozapisywać, a w między tak zwanym czasie sprawdzam tony prac,
przeklinając pod nosem, że nie zostałam wuefistą lub chociażby
panią od religii. Ale nie, chciało mi się literatury, poezji...no
to mam! Zamiast szczupłej sylwetki, obłe ciało i przegrzane zwoje
mózgowe.
Do
tego w tle ciągle słyszę zza ściany: „Pauza nie wolno, zostaw,
puść”! To Bożenka, przyjaciółka i sąsiadka, terapeutka
Martynki na czas mojej pracy, opędza się od uroczej suni, która
tak doskonale zaaklimatyzowała się w nowym domku, że poznaje go i
jego mieszkańców organoleptycznie podgryzając kogo i co się da.
Istna Pandemia a nie Pauza! Bo przy niej przerwy nie ma, przerwy
czyli pauzy. Ciągle kupa, siku, kupa w wybranych już miejscach
domu i gonitwy z kotem za plecami po meblach i parapetach. Straty:
lampa witrażowa, bo stała na miejscu nasłonecznionym na parapecie,
na którym lekko rozepchnął się Wielokropek – Bambaryła, cztery
skarpetki, fartuch Martyny, dywanik w kuchni, narożnik mojego notesu
i dziennika podręcznego.
No
i wychodzenie na dwór, które jest zakazane i nie wskazane dla
zwykłych ludzi, konieczne dla zwierząt i osób niepełnosprawnych.
A wychodzenie w tandemie z małym psem na smyczy, trzymanej w jednej
ręce i osobą niepełnosprytną ruchowo to nie lada ekwilibrystyka.
Zataczamy się z lekka, okręcamy dookoła osi. Ale nie, uparłam
się, że je nauczę wychodzić razem. Na razie boli mnie prawe i
lewe ramię! P.mąż nadal nie podejmuje wyzwania, w końcu nie
chciał psa, to był mój pomysł. Ale nie tracę nadziei, widzę
jak uśmiecha się, gdy bierze niesforne szczenię na ręce.
Pauza-Pandemia jest cudna! Je z wielkim zaangażowaniem. Każdy
posiłek trwa zaledwie sekundy, potem szybko biegnie do kuchni, żeby
sprawdzić, czy aby na pewno Wielokropek – Bambaryła, którego
miskę musiałam przestawić na drabinkę, zjadł już wszystko. A
może mu coś zleciało? No i my wszyscy też czekamy, żeby jak
najszybciej nam zleciało to oczekiwanie na kawałek normalności.
Na powrót do szkoły, pracy, codziennej rutyny, kina, spotkań
towarzyskich, po prostu życia bez pandemii i zakazów, lęku i
wielkiej niepewności.
piątek, 24 kwietnia 2020
zapiski z czasów pandemii...cd.
dzień szósty
Przygotowałam
cztery filmiki na youtu.be. Strasznie się zestresowałam. Pierwszy
chyba dopiero za trzecim podejściem. Jako kobieta pełna empatii
nie mogłam wyczuć publiczności. Uśmiechałam się jak zwykle,
ale w lustrzanym odbiciu ekranu z przerażeniem widziałam tylko
zmarszczki i pogłębiająca się bruzdę nosową, pięknie nazwaną
bruzda marionetki przez znawców estetyki kosmetycznej. Twarz starej
kobiety, więc uśmiechałam się pomimo, tłumaczyłam, opowiadałam
swoim niewidocznym uczniom. Zastanawiałam się ilu z nich obejrzy
filmik, ilu odrobi zadanie, które tak pieczołowicie omówiłam
według wszelakich prawideł sztuki. Czułam się niezwykle
zmęczona. Jutro znowu szkolenie zdalnego nauczania w nowym
programie. Tylko gdzie ja go zainstaluję. Kamery brak, głośniki
od lat nieczynne, stary komputer bez miejsca na dysku, bo zawalony
książkami własnego twórstwa, pracami, testami, opowiadaniami.
Gdzie to się zmieści. Telefony urywały się od rana.
– Proszę
pani, nie dam rady. Mam czwórkę dzieci. Bliźnięta czteroletnie,
jedno niepełnosprawne i syn z wszystkim możliwymi dys...u pani w
klasie, jeden telefon, mój. A terapeuci to codziennie przysyłają
mi ćwiczenia i straszą, ze syn się uwsteczni jak nie będę z nim
ćwiczyć.
– Proszę
pani, pracuje zdalnie a w tym czasie syn ma mieć lekcje. Nie ma
swojego komputera…
– Proszę
pani, zapisała pani pracę na dwa tygodnie, a teraz nauczanie
zdalne?
– Proszę
pani...a moja córka uważa że to wakacje i za nic w świecie nie
jestem w stanie jej zagonić do lekcji…
– Proszę
pani, jestem pielęgniarką i chodzę do pracy na zmiany, syn w tym
czasie sam w domu...martwię się...ma w końcu dziesięć lat…
Pocieszałam,
dawałam nadzieję, że wkrótce to zawieszenie, odizolowanie,
zamknięcie szkoły się skończy, chociaż racjonalnie spodziewałam
się raczej zaostrzeń rygorów. Przebąkiwano, że pandemia to nie
dwa, cztery tygodnie, ale zamknięcie szkół do wakacji, albo i
dłużej. Wyobraziłam sobie te wszystkie pracujące matki z dwójką,
trójką dzieci w jednym pokoju, pracujące zdalnie...Sama ledwo
pracowałam. Jedna terapeutka z Nowego Portu, posiadająca trójkę
dzieci zapowiedziała, że nie przyjedzie, bo musi być z dziećmi,
druga z Rumii emerytka tłumaczyła się swoim wiekiem i możliwością
zarażenia w środkach komunikacji miejskiej, została mi więc
Oliwka-miłośniczka psów z Wejherowa, która ochoczo wraz z moim
dzieckiem wsiadła do samochodu, by udać się po nowego domownika.
Po drodze zastanawiałyśmy
się nad wyborem imienia. Kocur Wielokropek miał imię nadane mu
przez wnuka a więc może jakiś znak przystankowy? Bo to ja
nauczycielka i niespodziewana przerwa w życiu...Myślnik,
Wykrzyknik, Kropka odpadały po kolei, bo albo nie ten rodzaj albo
zbytnie podobieństwo do kocurka.
Wiesia nadała swojemu
psiakowi imię z mojego opowiadanka dla dzieci – Kleksik, a ja…
Gdy
dojechałyśmy do hodowli i pani zobaczyła nas w takim zestawie,
mimo zagrożenia wirusem przybyłych po psa, była w szoku. Obniżyła
nawet cenę. Szczególnie z powodu niepełnosprawności Martynki.
Wiele osób czuje się zażenowanych jej chorobą. Pytają z lękiem
o to ile ma lat, co będzie z nią dalej. Nie na wszystkie pytania
jestem w stanie odpowiedzieć, sama ich nie znam. Mogę jedynie
zaufać Bogu, że zatroszczy się o los mojego dziecka, gdy mnie
zabraknie, chociaż ze swojej strony staram się zabezpieczyć jej
jak najlepsze warunki życia na tyle na ile to możliwe w naszym
kraju i czasach.
Obejrzałyśmy
kojce z rodzicami naszej suni a także inne rasy oprócz beagli,
berneńczyki, borderki, retriwery...Ale gdy zobaczyłyśmy maleństwo
z podkręconym lekko maleńkim ogonkiem, zakończonym białą kitką,
zakochałyśmy się wszystkie trzy od pierwszego wejrzenia. Cały
dotychczasowy niepokój, który towarzyszył mi w drodze, pytania jak
sobie poradzę, i co powie na nowego domownika mąż, dla którego
miała to być niespodzianka, minął w obliczu tego małego
szczęścia na krzywych nóżkach,
I tak oto wracałyśmy już w
cztery do domu pełne szalonych planów jak to będziemy teraz
spacerowały po lesie, biegały po bulwarze i w ogóle...gdy tylko
oczywiście nasze psie niemowlę zostanie odpowiednio zaszczepione i
wychowane. Wszystko wydawało się teraz radośniejsze i łatwiejsze
do przejścia, nawet w okresie pandemii.
dzień piąty
Oj,
nie przywitał nas radośnie pan mąż. Akurat stał na podwórzu –
studni naszej kamienicy. Gdy otworzyły się drzwi auta z uśmiechem
podszedł i nagle odskoczył jak oparzony.
– Co
to jest? - zapytał zobaczywszy kontener.
– Piesek
malutki beagielek – szepnęłam jak gdyby nigdy nic.
Mały
pieseł jakby wyczuł napiętą atmosferę i zapiszczał pojednawczo,
chociaż całą godzinną podróż prawie przespał ukołysany szumem
silnika. No może nie całkiem, najpierw ochrzcił samochód i
kontener podłużnym rzygiem i przeraźliwym skomleniem. Nic
dziwnego porzucał oto gwałtownie i ostatecznie swój bezpieczny dom
i udawał się w nieznane z trzema obcymi babami. Ale Oliwka go
uśpiła skutecznie, wziąwszy paczkę na kolana, głaszcząc i
przemawiając uspokajająco.
Pan
mąż zmarszczył brew. Zawsze przychodziło mu to łatwo. W końcu
jak typowa ekstrawertyczna rodzinka wszystkie emocje mieliśmy na
czubku nosa.
– Zwariowałaś?!
- zapytał retorycznie.
– Prosiłam,
żebyś pojechał ze mną po pieska.
– Myślałem,
że żartujesz. Jeśli sądzisz, że ja będę się nim zajmował to
się grubo mylisz - stwierdził i odszedł w siną dal.
Nie
przejęłam się za bardzo. W końcu to mój pies. Ja podjęłam
decyzję, ja poniosę konsekwencje. Dam radę. Jak zwykle. A
mąż...jak zwykle przewietrzy głowę i wróci… Z kim będzie mu
tak źle jak ze mną?
Wtoczyłyśmy
się do domu. Kot Wielokropek najeżył się na progu niczym ogromna
puchata poducha pokryta poszewką z różnoplamiastej sierści.
Piesek nieświadomy niebezpieczeństw nowego domu lękliwie
obwąchiwał nowe kąty. Mały czarny nosek pracował wytrwale.
Rozłożyłam
zakupy zrobione po drodze. Wyprany puchowy domeczek po kotce
Bonifacencie ustawiłam na podgrzewanej podłodze w łazience –
takie maleństwo potrzebuje ciepełka, nowe dwie miseczki, zaraz z
wodą i odpowiednią karmą, maty w odpowiedniej odległości, żeby
psiunio mógł z radością i bez skrępowania sikać do woli i
załatwiać te grubsze sprawy. Zadzwoniłam do córki z drogi, więc
już po chwili dwoje jej dzieci na wyrywki głaskało, nosiło i
pieściło nowego domownika. Córka sceptycznie oceniała moje
możliwości biegania z psem w przyszłości, znając moją a
sportową postawę i tendencję do intelektualno-artystycznego
spędzania czasu w pozycjach raczej horyzontalnych. Ale i ona nie
oparła się maleństwu, które ufnie wsadziło jej główkę pod
pachę i spojrzało w oczy załzawionym spojrzeniem zezowatych
oczątek.
Dzień
był męczący dla wszystkich. Wkrótce ułożyłam wszystkich
domowników do snu. Poza mężem, który sam się ułożył, udając
że ma serce trwałe jak głaz i tak tylko na moment wziął
szczeniaczka, który zmieścił mu się w dłoniach. W domu zapadła
cisza. Piesek wtulił się w ciepły kąt i do rana nawet nie
zapiszczał. Prawdziwy cud!
środa, 22 kwietnia 2020
zapiski z czasów zarazy cd.
dzień czwarty
Przygotowałam cztery filmiki
na youtu.be. Strasznie się zestresowałam. Pierwszy chyba dopiero
za trzecim podejściem. Jako kobieta pełna empatii nie mogłam
wyczuć publiczności. Uśmiechałam się jak zwykle, ale w
lustrzanym odbiciu ekranu z przerażeniem widziałam tylko zmarszczki
i pogłębiająca się bruzdę nosową, pięknie nazwaną bruzda
marionetki przez znawców estetyki kosmetycznej. Twarz starej
kobiety, więc uśmiechałam się pomimo, tłumaczyłam, opowiadałam
swoim niewidocznym uczniom. Zastanawiałam się ilu z nich obejrzy
filmik, ilu odrobi zadanie, które tak pieczołowicie omówiłam
według wszelakich prawideł sztuki. Czułam się niezwykle
zmęczona. Jutro znowu szkolenie zdalnego nauczania w nowym
programie. Tylko gdzie ja go zainstaluję. Kamery brak, głośniki
od lat nieczynne, stary komputer bez miejsca na dysku, bo zawalony
książkami własnego twórstwa, pracami, testami, opowiadaniami.
Gdzie to się zmieści. Telefony urywały się od rana.
– Proszę pani, nie dam
rady. Mam czwórkę dzieci. Bliźnięta czteroletnie, jedno
niepełnosprawne i syn z wszystkim możliwymi dys...u pani w klasie,
jeden telefon, mój. A terapeuci to codziennie przysyłają mi
ćwiczenia i straszą, ze syn się uwsteczni jak nie będę z nim
ćwiczyć.
– Proszę pani, pracuje
zdalnie a w tym czasie syn ma mieć lekcje. Nie ma swojego
komputera…
– Proszę pani, zapisała
pani pracę na dwa tygodnie, a teraz nauczanie zdalne?
– Proszę pani...a moja
córka uważa że to wakacje i za nic w świecie nie jestem w stanie
jej zagonić do lekcji…
– Proszę pani, jestem
pielęgniarką i chodzę do pracy na zmiany, syn w tym czasie sam w
domu...martwię się...ma w końcu dziesięć lat…
Pocieszałam, dawałam
nadzieję, że wkrótce to zawieszenie, odizolowanie, zamknięcie
szkoły się skończy, chociaż racjonalnie spodziewałam się raczej
zaostrzeń rygorów. Przebąkiwano, że pandemia to nie dwa, cztery
tygodnie, ale zamknięcie szkół do wakacji, albo i dłużej.
Wyobraziłam sobie te wszystkie pracujące matki z dwójką, trójką
dzieci w jednym pokoju, pracujące zdalnie...Sama ledwo pracowałam.
Jedna terapeutka z Nowego Portu, posiadająca trójkę dzieci
zapowiedziała, że nie przyjedzie, bo musi być z dziećmi, druga z
Rumi emerytka tłumaczyła się swoim wiekiem i możliwością
zarażenia w środkach komunikacji miejskiej, została mi więc
Oliwka-miłośniczka psów z Wejherowa, która ochoczo wraz z moim
dzieckiem wsiadła do samochodu, by udać się po nowego domownika.
Po drodze zastanawiałyśmy
się nad wyborem imienia. Kocur Wielokropek miał imię nadane mu
przez wnuka a więc może jakiś znak przystankowy? Bo to ja
nauczycielka i niespodziewana przerwa w życiu...Myślnik,
Wykrzyknik, Kropka odpadały po kolei, bo albo nie ten rodzaj albo
zbytnie podobieństwo do kocurka.
Wiesia nadała swojemu
psiakowi imię z mojego opowiadanka dla dzieci – Kleksik, a ja…
Gdy dojechałyśmy do hodowli
i pani zobaczyła nas w takim zestawie, mimo zagrożenia wirusem
przybyłych po psa, była w szoku. Obniżyła nawet cenę za psa.
Szczególnie z powodu niepełnosprawności Martynki. Wiele osób
czuje się zażenowanych jej chorobą. Pytają z lękiem o to ile ma
lat, co będzie z nią dalej. Nie na wszystkie pytania jestem w
stanie odpowiedzieć, sama ich nie znam. Mogę jedynie zaufać Bogu,
że zatroszczy się o los mojego dziecka, gdy mnie zabraknie, chociaż
ze swojej strony staram się zabezpieczyć jej jak najlepsze warunki
życia na tyle na ile to możliwe w naszym kraju i czasach.
Obejrzałyśmy kojce z
rodzicami naszej suni a także inne rasy oprócz beagli, berneńczyki,
borderki, retriwery...Ale gdy zobaczyłyśmy maleństwo z podkręconym
lekko maleńkim ogonkiem, zakończonym białą kitką, zakochałyśmy
się wszystkie trzy od pierwszego wejrzenia. Cały dotychczasowy
niepokój, który towarzyszył mi w drodze, pytania jak sobie
poradzę, i co powie na nowego domownika mąż, dla którego miała
to być niespodzianka, minął w obliczu tego małego szczęścia na
krzywych nóżkach,
I tak oto wracałyśmy już w
cztery do domu pełne szalonych planów jak to będziemy teraz
spacerowały po lesie, biegały po bulwarze i w ogóle...gdy tylko
oczywiście nasze psie niemowlę zostanie odpowiednio zaszczepione i
wychowane. Wszystko wydawało się teraz radośniejsze i łatwiejsze
do przejścia, nawet w okresie pandemii.
niedziela, 19 kwietnia 2020
Zapiski z czasów pandemii
dzień pierwszy
No cóż, wszyscy ucieszyliśmy
się, że będzie parę dni wolnych więcej. Wprawdzie niedługo
święta, więc można by było dożyć, doczłapać,
ale...darowanemu koniowi...Najbardziej oczywiście ucieszyły się
dzieci. To my, nauczyciele mieliśmy skrupuły, bo konkursy,
materiał, podstawa programowa, lektury, egzaminy… Rodzice nie byli
zachwyceni. Wietrzyli podstęp. Co też znowu ci nauczyciele...w
zeszłym roku strajk i trzy tygodnie „milusińscy” na głowie, a
teraz...Nawet świetlica nie będzie czynna?! Półkolonie?!
Przed wyjściem mieliśmy
radę, szybkie szkolenie na temat nauczania zdalnego i dostępnych
programów, testów on-line. Patrzyliśmy znudzeni. W końcu w
większości je znaliśmy gorzej lub lepiej, po co nam...zaraz
wrócimy do szkoły. Na wszelki wypadek weszłam do klasy, zebrałam
zaległe zeszyty do sprawdzenia, gorące jeszcze prace klasowe z
dwóch ostatnich dni, podręczniki i zeszyty ćwiczeń. Dwie duże
siatki. Spokojnie sprawdzę, pomyślałam. Chociaż od lat wolałam
sprawdzać w szkole niż nosić w tę i z powrotem tony prac. W
szkole było spokojniej, zawsze wypadło a to okienko, a to
zastępstwo, a to po lekcjach, gdy uczniowie wyszli i w szkole
zapadała błoga cisza.
Jeszcze tylko wpisałam
zadania domowe, lektury – przypomnienie i numery ćwiczeń
powtórzeniowych do dziennika elektronicznego dla każdej z klas,
kiwając z powątpiewaniem głową i przewidując, że na klasę może
z trzy osoby łaskawie do nich zajrzą.
Opuściłam
puste już korytarze i westchnęłam. W domu nie miałam specjalnie
warunków do pracy. Opiekunka wychodziła o 15-tej, trzeba było
ugotować obiad na następny dzień, ogarnąć chatę, nakarmić,
wysadzić, umyć, położyć do snu córkę, podać leki, ot,
zwyczajny kierat dnia codziennego. Jeszcze w biegu podjechałam na
halę, błogosławiąc możliwość szybkiego przemieszczania się po
mieście własnym małym autkiem, do którego na wszelki wypadek
wrzuciłam sześć wypchanych siatek.
Wtoczyłam się do domu i
odetchnęłam z ulgą. Jutro przynajmniej poleżę dłużej,
poczytam książkę, zjem sobie śniadanie w łóżku. Super!
dzień
drugi
Zadzwoniłam do Wiesi. Może
ten czas wykorzystam i wyjadę na parę dni do nich na wieś? Miałam
w końcu u nich wspaniały mały bungalow z wyposażeniem, otwarte
serca, świeże powietrze, a co najważniejsze dobry dostęp do
rehabilitacji córki i pełnię zrozumienia, wynikającą z wspólnoty
przeżyć z osobą niepełnosprawną w domu.
Ale okazało się, że to nie
takie proste tym razem. Mąż Wiesi nieopatrznie wybrała się na
narty. Do Włoch. I to w region szczególnie zaatakowany przez
korona wirusa. Właśnie jutro wraca. Personel szkoły i terapeuci
u nich pracujący przestraszeni, Wiesia zaniepokojona. Jak to teraz
wszystko będzie funkcjonować? Trzy szkoły, 120-stu podopiecznych
niepełnosprawnych i prezes fundacji z wirusem? Na kwarantannie?
Gdzie? Jak to zorganizować? Zero wytycznych. Strach? Nie, to nie
Wiesia. Wymyśliła. Wysłała po męża i sześciu jego kolegów
busa. Kierowca wprawdzie podjechał pod lotnisko, ale zostawił
kluczyki i zwiał, najnormalniej w świecie! Przestraszył się, że
może się zarazić. Piotr po długiej z pewnymi komplikacjami
podróży musiał porozwozić po domach kolegów a potem udać się
grzecznie do przyczepy kempingowej, by odbyć kwarantannę z dala od
domu, Wiesi rekonwalescentki, niepełnosprawnej Beatki, terapeutów,
rehabilitantów i podopiecznych.
Na dokładkę odszedł Bosman,
siwy już terierr, który zawsze tak radośnie witał mnie i Martynkę
w Starkowej Hucie. Machał krótkim ogonem na znak przyjaźni a my
za każdym razem czułyśmy się jak w domu.
Wiesia
zaczęła ze mną analizować możliwość wzięcia nowego domownika.
W końcu dom na wsi, konie, to i pies i kot musi być. Wzdychałam
z zazdrością. Też tak chcę. Dom z ogrodem dla Martynki i pies.
A ja co? Kotka Bonifacenta 19 i pół roku właśnie zakończyła
swój żywot w mieszkanku na piątym piętrze. I chociaż jej miejsce
zajął Wielokropek – olbrzymi kocur wnuka, pozostawiony mi na
przechowanie, po pobycie córki z wnukami, w ramach jej złamanej
nogi, remontu generalnego jej windy, i skrajnej alergii jej męża,
to jednak to nie było to! Zawsze marzyłam o prawdziwym domu,
pełnym dzieci i zwierząt. No i oczywiście miłości, miłości
bez granic. Z tą miłością bywało różnie, ale kot i pies toż
to minimum potrzebne mi do szczęścia. O domu nie wspomnę, bo
wszystkie moje starania obracały się w fiasko. Zniechęcona nieraz
machałam już ręką na to marzenie, podejrzewając, że nie uda mi
się go zrealizować, na krótko godziłam się więc z mieszkankiem
w centrum. Przestawiałam meble, przemalowywałam ściany, kupowałam
nowe zasłony i poduszki i jakoś na pewien czas dawałam spokój
wielkiej przeprowadzce.
Analizowałyśmy rasy
telefonicznie.
–-
Taki do dogoterapii by się przydał. Flat coutet retriver słyszłam
jest super!
– A
gdzie tam, sierści pełno i strachliwy! Przy pierwszym ataku
padaczkowym z wokalizacją ucieknie gdzie pieprz rośnie!
– To
może znowu terrier?
– Terriery
strasznie szczekliwe są...
–-
A może king chevalier?
– Włosy,
będziesz czesać, bo ja nie.
– No
ja też nie bardzo.
–-
Mops albo bokserek francuzki...
– Chrapią
i ślinią się, nie zasnę, bo będę biegła do ataku...
–-
Co racja to racja..
– Więc…
może kundelek ze schroniska.
– Nie,
to musi być pies od małego wychowany z osoba niepełnosprawną,
kundelek po przejściach odpada.
– Beagiel?
– Krótkowłosy
jest?
– Jest.
– Niezbyt
duży.
– Wesoły.
– Lubi
biegać.
– Oj,
biegać to by mi się przydało. Zupełnie zaległam na kanapie i
jak wchodzę po schodach to wciągam swój tyłek.
– Ale
wiesz...młode tak już nie jesteśmy...ani zdrowe…
I tym to sposobem Wiesia
pojechała po psa beagla a ja zostałam jak zwykle ze swoimi
marzeniami...Mąż niechętny, bo pochował swoje trzy psy, które
mieszkały razem z nim w jego pracy, córka niepełnosprawna
tęskniąca za Tygryskiem uroczym kundelkiem mojej koleżanki, który
ją uwielbiał i podczas każdej wizyty solennie obskakiwał i
dokładnie wylizywał, starsza córka pełna obaw o dalszą adopcję
jej kocura i ja… samotna nauczycielka ślęcząca nad stosami prac
uczniowskich.
– Weź
dla mnie od razu suczkę, najmniejszą z miotu – jęczałam
nieśmiało Wiesi do telefonicznego ucha.
– Nie
nie musisz sama...wiesz to twoje piętro, winda, Martyna…- Wiesia
powtarzała dobrze znane mi argumenty znajomych, którzy od lat
odradzali mi szalony pomysł.
dzień trzeci
I znowu ta nieszczęsna
kanapa! Wychodzić nie można. A tak lubimy te powolne
sobotnio-niedzielne przechadzki po lesie lub nad morzem. O tej porze
roku natura zaczyna odsuwać szarość, przewiewać chmurzyska na
boki, badać nieśmiało opuszkami swoich bladych promieni stęsknioną
swą kochankę ziemię. Ptaszki zaczynają świergolić, mewy
wrzeszczą na przywitanie wiosny. Wprawdzie jeszcze zimno, a u nas
nad morzem lodowate wilgotne wiatry zapierają nieraz dech w
piersiach i zatrzaskują odrzwia pieleszy, ale...tęsknota za
wyjściem jest tym silniejsza im więcej w telewizorni gadają o
zakazach, niebezpieczeństwach i pomorze w dalekich Włochach.
Czytam książkę
„Przebudzenie zaczyna się ode mnie”. Inspirująca, ale coś
mnie gniecie, oprócz oczywiście Martynki wtulonej w moją lewą
pierś. Gniecie nie intelektualnie, nie duchowo, ale bardzo
prozaicznie. Wielkie duchowe przebudzenie, wielkie ewangelizacje,
wielcy ludzie...a ja co? Prosta kobieta z prozaicznym marzeniem o
posiadaniu psa.
Na sztalugach rozpoczęty
obraz wielkiego żaglowca wpływającego na spokojne wody. Nie mogę
go ukończyć. Flauta to nie moja bajka. Moje życie raczej
przypomina wiosenną burzę z piorunami! Czasami po niej zapada
spokój. A na obrazie mgła, wodny opar kryjący tajemnicę. Czy
czas pandemii ma być takim bezruchem, trwaniem, na nowo odkrywaniem
tego, co ukryte w natłoku myśli i zdarzeń, pędu dnia, nie
pozwalającego przystanąć, przemyśleć, przetrawić, wyciągnąć
wnioski? Niedobrze za dużo myśleć, to szkodliwe, trzeba brać to,
co jest za dobrą monetę i działać. Robić swoje. Księga mówi
„Dosyć ma dzień swoich zmartwień..” i to moje motto od
lat...Nie oglądam się wstecz, prę do przodu. A może do końca?
To naturalny bieg zdarzeń i jako chrześcijanie nie powinniśmy się
ich obawiać. W końcu Dom Ojca jest miejscem, za którym się
tęskni. Tylko przeraża doczesne cierpienie, samotność, zależność
od innych osób i pozostawienie tych, którzy są zależni od nas.
Z rozważań wyrwała mnie
terapeutka Martyny. Opowiedziałam jej o Wiesi psie, który już
fika u nich po zielonej trawce a ja tu tkwię w bezruchu niczym źle
naoliwiona maszyna.
– Pies?! Kocham psy!
Miałam trzy! Weźmy psa! - Oliwka była wyraźnie nakręcona.
Zapaliła się do pomysłu jak sucha pochodnia.
– Ale wiesz, Irek
niechętny, Patrycja ma wątpliwości, a ja nie zawsze mogę się
ruszyć z domu.
– Będę przyjeżdżała
przed pracą, będę z nim wychodziła, błagam cię weźmy psa!
– Dla Martynki byłoby to
wydarzenie, a jeszcze gdyby udało się go wychować na jej
przyjaciela...A i dla mnie...No i Irek pałęta się bez sensu, a na
emeryturze ktoś tak aktywny jak on powinien mieć bodziec...i
dzieci, nasze wnuki...To by było!
No i koniec końców
zadzwoniłam do hodowcy, który wcześniej poinformowany o jednej
takiej, która też ma chrapkę na psinkę, przygotowała portfolio
suni o nieodpartym wdzięku.
– Jutro ją odbierzemy! -
zadecydowałam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)