Blog Beaty Jaskuły-Tuchanowskiej

poezja i proza życia

niedziela, 19 kwietnia 2020

Zapiski z czasów pandemii




dzień pierwszy

No cóż, wszyscy ucieszyliśmy się, że będzie parę dni wolnych więcej. Wprawdzie niedługo święta, więc można by było dożyć, doczłapać, ale...darowanemu koniowi...Najbardziej oczywiście ucieszyły się dzieci. To my, nauczyciele mieliśmy skrupuły, bo konkursy, materiał, podstawa programowa, lektury, egzaminy… Rodzice nie byli zachwyceni. Wietrzyli podstęp. Co też znowu ci nauczyciele...w zeszłym roku strajk i trzy tygodnie „milusińscy” na głowie, a teraz...Nawet świetlica nie będzie czynna?! Półkolonie?!
Przed wyjściem mieliśmy radę, szybkie szkolenie na temat nauczania zdalnego i dostępnych programów, testów on-line. Patrzyliśmy znudzeni. W końcu w większości je znaliśmy gorzej lub lepiej, po co nam...zaraz wrócimy do szkoły. Na wszelki wypadek weszłam do klasy, zebrałam zaległe zeszyty do sprawdzenia, gorące jeszcze prace klasowe z dwóch ostatnich dni, podręczniki i zeszyty ćwiczeń. Dwie duże siatki. Spokojnie sprawdzę, pomyślałam. Chociaż od lat wolałam sprawdzać w szkole niż nosić w tę i z powrotem tony prac. W szkole było spokojniej, zawsze wypadło a to okienko, a to zastępstwo, a to po lekcjach, gdy uczniowie wyszli i w szkole zapadała błoga cisza.
Jeszcze tylko wpisałam zadania domowe, lektury – przypomnienie i numery ćwiczeń powtórzeniowych do dziennika elektronicznego dla każdej z klas, kiwając z powątpiewaniem głową i przewidując, że na klasę może z trzy osoby łaskawie do nich zajrzą.
Opuściłam puste już korytarze i westchnęłam. W domu nie miałam specjalnie warunków do pracy. Opiekunka wychodziła o 15-tej, trzeba było ugotować obiad na następny dzień, ogarnąć chatę, nakarmić, wysadzić, umyć, położyć do snu córkę, podać leki, ot, zwyczajny kierat dnia codziennego. Jeszcze w biegu podjechałam na halę, błogosławiąc możliwość szybkiego przemieszczania się po mieście własnym małym autkiem, do którego na wszelki wypadek wrzuciłam sześć wypchanych siatek.
Wtoczyłam się do domu i odetchnęłam z ulgą. Jutro przynajmniej poleżę dłużej, poczytam książkę, zjem sobie śniadanie w łóżku. Super!

dzień drugi

Zadzwoniłam do Wiesi. Może ten czas wykorzystam i wyjadę na parę dni do nich na wieś? Miałam w końcu u nich wspaniały mały bungalow z wyposażeniem, otwarte serca, świeże powietrze, a co najważniejsze dobry dostęp do rehabilitacji córki i pełnię zrozumienia, wynikającą z wspólnoty przeżyć z osobą niepełnosprawną w domu.
Ale okazało się, że to nie takie proste tym razem. Mąż Wiesi nieopatrznie wybrała się na narty. Do Włoch. I to w region szczególnie zaatakowany przez korona wirusa. Właśnie jutro wraca. Personel szkoły i terapeuci u nich pracujący przestraszeni, Wiesia zaniepokojona. Jak to teraz wszystko będzie funkcjonować? Trzy szkoły, 120-stu podopiecznych niepełnosprawnych i prezes fundacji z wirusem? Na kwarantannie? Gdzie? Jak to zorganizować? Zero wytycznych. Strach? Nie, to nie Wiesia. Wymyśliła. Wysłała po męża i sześciu jego kolegów busa. Kierowca wprawdzie podjechał pod lotnisko, ale zostawił kluczyki i zwiał, najnormalniej w świecie! Przestraszył się, że może się zarazić. Piotr po długiej z pewnymi komplikacjami podróży musiał porozwozić po domach kolegów a potem udać się grzecznie do przyczepy kempingowej, by odbyć kwarantannę z dala od domu, Wiesi rekonwalescentki, niepełnosprawnej Beatki, terapeutów, rehabilitantów i podopiecznych.
Na dokładkę odszedł Bosman, siwy już terierr, który zawsze tak radośnie witał mnie i Martynkę w Starkowej Hucie. Machał krótkim ogonem na znak przyjaźni a my za każdym razem czułyśmy się jak w domu.
Wiesia zaczęła ze mną analizować możliwość wzięcia nowego domownika. W końcu dom na wsi, konie, to i pies i kot musi być. Wzdychałam z zazdrością. Też tak chcę. Dom z ogrodem dla Martynki i pies. A ja co? Kotka Bonifacenta 19 i pół roku właśnie zakończyła swój żywot w mieszkanku na piątym piętrze. I chociaż jej miejsce zajął Wielokropek – olbrzymi kocur wnuka, pozostawiony mi na przechowanie, po pobycie córki z wnukami, w ramach jej złamanej nogi, remontu generalnego jej windy, i skrajnej alergii jej męża, to jednak to nie było to! Zawsze marzyłam o prawdziwym domu, pełnym dzieci i zwierząt. No i oczywiście miłości, miłości bez granic. Z tą miłością bywało różnie, ale kot i pies toż to minimum potrzebne mi do szczęścia. O domu nie wspomnę, bo wszystkie moje starania obracały się w fiasko. Zniechęcona nieraz machałam już ręką na to marzenie, podejrzewając, że nie uda mi się go zrealizować, na krótko godziłam się więc z mieszkankiem w centrum. Przestawiałam meble, przemalowywałam ściany, kupowałam nowe zasłony i poduszki i jakoś na pewien czas dawałam spokój wielkiej przeprowadzce.
Analizowałyśmy rasy telefonicznie.
- Taki do dogoterapii by się przydał. Flat coutet retriver słyszłam jest super!
A gdzie tam, sierści pełno i strachliwy! Przy pierwszym ataku padaczkowym z wokalizacją ucieknie gdzie pieprz rośnie!
To może znowu terrier?
Terriery strasznie szczekliwe są...
- A może king chevalier?
Włosy, będziesz czesać, bo ja nie.
No ja też nie bardzo.
- Mops albo bokserek francuzki...
Chrapią i ślinią się, nie zasnę, bo będę biegła do ataku...
- Co racja to racja..
Więc… może kundelek ze schroniska.
Nie, to musi być pies od małego wychowany z osoba niepełnosprawną, kundelek po przejściach odpada.
Beagiel?
Krótkowłosy jest?
Jest.
Niezbyt duży.
Wesoły.
Lubi biegać.
Oj, biegać to by mi się przydało. Zupełnie zaległam na kanapie i jak wchodzę po schodach to wciągam swój tyłek.
Ale wiesz...młode tak już nie jesteśmy...ani zdrowe…

I tym to sposobem Wiesia pojechała po psa beagla a ja zostałam jak zwykle ze swoimi marzeniami...Mąż niechętny, bo pochował swoje trzy psy, które mieszkały razem z nim w jego pracy, córka niepełnosprawna tęskniąca za Tygryskiem uroczym kundelkiem mojej koleżanki, który ją uwielbiał i podczas każdej wizyty solennie obskakiwał i dokładnie wylizywał, starsza córka pełna obaw o dalszą adopcję jej kocura i ja… samotna nauczycielka ślęcząca nad stosami prac uczniowskich.

Weź dla mnie od razu suczkę, najmniejszą z miotu – jęczałam nieśmiało Wiesi do telefonicznego ucha.
Nie nie musisz sama...wiesz to twoje piętro, winda, Martyna…- Wiesia powtarzała dobrze znane mi argumenty znajomych, którzy od lat odradzali mi szalony pomysł.

dzień trzeci

I znowu ta nieszczęsna kanapa! Wychodzić nie można. A tak lubimy te powolne sobotnio-niedzielne przechadzki po lesie lub nad morzem. O tej porze roku natura zaczyna odsuwać szarość, przewiewać chmurzyska na boki, badać nieśmiało opuszkami swoich bladych promieni stęsknioną swą kochankę ziemię. Ptaszki zaczynają świergolić, mewy wrzeszczą na przywitanie wiosny. Wprawdzie jeszcze zimno, a u nas nad morzem lodowate wilgotne wiatry zapierają nieraz dech w piersiach i zatrzaskują odrzwia pieleszy, ale...tęsknota za wyjściem jest tym silniejsza im więcej w telewizorni gadają o zakazach, niebezpieczeństwach i pomorze w dalekich Włochach.
Czytam książkę „Przebudzenie zaczyna się ode mnie”. Inspirująca, ale coś mnie gniecie, oprócz oczywiście Martynki wtulonej w moją lewą pierś. Gniecie nie intelektualnie, nie duchowo, ale bardzo prozaicznie. Wielkie duchowe przebudzenie, wielkie ewangelizacje, wielcy ludzie...a ja co? Prosta kobieta z prozaicznym marzeniem o posiadaniu psa.
Na sztalugach rozpoczęty obraz wielkiego żaglowca wpływającego na spokojne wody. Nie mogę go ukończyć. Flauta to nie moja bajka. Moje życie raczej przypomina wiosenną burzę z piorunami! Czasami po niej zapada spokój. A na obrazie mgła, wodny opar kryjący tajemnicę. Czy czas pandemii ma być takim bezruchem, trwaniem, na nowo odkrywaniem tego, co ukryte w natłoku myśli i zdarzeń, pędu dnia, nie pozwalającego przystanąć, przemyśleć, przetrawić, wyciągnąć wnioski? Niedobrze za dużo myśleć, to szkodliwe, trzeba brać to, co jest za dobrą monetę i działać. Robić swoje. Księga mówi „Dosyć ma dzień swoich zmartwień..” i to moje motto od lat...Nie oglądam się wstecz, prę do przodu. A może do końca? To naturalny bieg zdarzeń i jako chrześcijanie nie powinniśmy się ich obawiać. W końcu Dom Ojca jest miejscem, za którym się tęskni. Tylko przeraża doczesne cierpienie, samotność, zależność od innych osób i pozostawienie tych, którzy są zależni od nas.
Z rozważań wyrwała mnie terapeutka Martyny. Opowiedziałam jej o Wiesi psie, który już fika u nich po zielonej trawce a ja tu tkwię w bezruchu niczym źle naoliwiona maszyna.
Pies?! Kocham psy! Miałam trzy! Weźmy psa! - Oliwka była wyraźnie nakręcona. Zapaliła się do pomysłu jak sucha pochodnia.
Ale wiesz, Irek niechętny, Patrycja ma wątpliwości, a ja nie zawsze mogę się ruszyć z domu.
Będę przyjeżdżała przed pracą, będę z nim wychodziła, błagam cię weźmy psa!
Dla Martynki byłoby to wydarzenie, a jeszcze gdyby udało się go wychować na jej przyjaciela...A i dla mnie...No i Irek pałęta się bez sensu, a na emeryturze ktoś tak aktywny jak on powinien mieć bodziec...i dzieci, nasze wnuki...To by było!
No i koniec końców zadzwoniłam do hodowcy, który wcześniej poinformowany o jednej takiej, która też ma chrapkę na psinkę, przygotowała portfolio suni o nieodpartym wdzięku.
Jutro ją odbierzemy! - zadecydowałam.

poniedziałek, 6 stycznia 2020

Rodacy do pracy

Długi weekend świąteczny pozwolił na liczne refleksje.  
Po pierwsze wiadomo niezdrowo odpoczywać przy suto zastawionym tradycyjnie przygotowanymi potrawami stołem z miłymi gośćmi czy rodziną.  Długie Polaków rozmowy nie zawsze kończy happy end.  I to nie tylko chodzi tu o przypadłości gastryczne i gwałtowne przybranie na wadze czy też procenty we krwi wskazujące na spożycie.  Stare waśnie, niewyjaśnione sprawy, zaszłości powinny zostać dawno zapomniane, przebaczone.  A jednak ciągle gdzieś tam jak złośliwy chochlik wplątują się w nasze dyskusje.
Po drugie, tradycyjny pusty talerz...jeżeli jeszcze gdzieś przy jakimś stole pozostał czy naprawdę jest nadal symbolem otwartego zaproszenia dla potrzebujących osób?  Niechby taki zapukał do naszych drzwi...Wydaje się, że wszyscy wpuścilibyśmy, ale czy bezdomnego rozsiewającego niekoniecznie świąteczną woń? Dawno niewidzianą koleżankę z problemami psychiatrycznymi?  Jesteśmy przecież zmęczeni, napracowaliśmy się, żeby wszystko przygotować, odświętnie ubrani stworzyć miłą atmosferę rodzinną a tu..?
Po trzecie wydaje się, że najlepszym rozwiązaniem będzie wyjazd na święta.  Obojętnie już gdzie, ale tam gdzie podadzą nam do nakrytego stołu coś do jedzenia, a my będziemy tylko spacerować, konwersować i bawić się z dziećmi na śniegu.  Śniegu brak, tak jak i kasy dla sześcio, siedmioosobowej rodziny.  Jednak w domu zdecydowanie taniej.  I ile można konwersować z własna rodziną, z którą widzimy się na co dzień lub bawić się z dziećmi?  Nawet planszówki obrzydną. Może więc święta na sportowo - bardzo zdrowo... np.na narty?  O tu już trzeba wyspecjalizowanej rodziny a nie takich jakichś... każdy z innej parafii tzn.każdy o innych zainteresowaniach: dwóch śpi, bo nadrabia albo lubi, troje gra w planszówki, reszta się nudzi jak mops, bo chciałaby non stop coś uprawiać.
No i w końcu, gdzie się podział sens tych świąt?  Świąt wspominania narodzin Pana Jezusa Chrystusa, który urodził się, by umrzeć i zmartwychwstać, zbawić ludzkość od grzechu.  Oj, oj, coś za nadto serio, doktrynersko, kościółkowo  i kogo ty chcesz nawracać, skoro dookoła sami pobożni chrześcijanie?
Jak widać refleksje nad świętami mogą stać się dalece szkodliwe, więc cieszmy się, że długi weekend się skończył i nie będzie czasu na myślenie.  RODACY DO PRACY!

Świętowanie po polsku



Cały miesiąc przygotowywałam się na święta,
wiecie, dziadkowie z Pścimia przyjadą,
siostra ze szwagrem i ich bliźnięta.
I jeszcze ich piesek taki mały
„Kleksik” go dzieci nazwały.

Wymyłam okna, parkiet nawoskowałam
żyrandole przetarłam, w szafach posprzątałam,
bo pomyślcie tylko co to by była za poruta,
dziadkowie, siostra ze szwagrem
do szafy łyp, a tu ...umarł w butach !
Zakupy zrobiłam, osobiście przydźwigałam.
Dywany odkurzyłam, wannę wydenzyfekowałam.
Bo osądźcie co to by byłby za wstyd, gdyby
te dzieci do wanny… jak ryby.

Karp też był, ale już w filecie
wstyd zabijać rybę co roku kobiecie,
bo mąż mój jest do wyższych celów stworzony
i ciągle myśli twórczo, co zrobić,
żeby być zarobiony, ale taki niezależny,
szczególnie od żony.

No a potem, potem tylko na ten dzień czekałam,
Choinkę mąż przydźwigał, ja już nie dźwigałam.
Ubierała córka, cała się pokłuła…
ale choinka mus mieć, choinka gotowa!
Bo co to by było, gdyby te dzieci bez tradycji
wychowano, siostra ze szwagrem, dziadkowie,
bez choinki święta to nie to samo!

Potem ozdóbki na parapetach
takie dla świątecznego klimatu
bez lampek, świeczuszek, mikołaja
atmosfera byłaby nie ta.
Bo pomyślcie, gość w dom, a tu stara bieda
bez sprzątania, gotowania świąt się zrobić nie da!

W końcu przyjechali, grzecznie się z przywitali,
porozsiadali, prezenty odpakowali.
Wyjedli wszystko co było ze spiżarni…
dziadkowie, siostra ze szwagrem, bliźnięta,
wiele hałasu o nic, bo nikt ich nie rozróżnia
imion ich nie pamięta.
Po Kleksiku zmywałam dywany podłogi
pod choinką ...nie śpiewał -wył,
ale piesek taki „mały, drogi”!

Na rozmowę, kolędy nikt już nie miał siły.
Wszyscy z wszystkimi w końcu się ...
opłatkiem podzielili…
Piernik pochwalono, makowca pojadło
i pokotem do snu towarzystwo się pokładło.
Siostra ze szwagrem w naszej sypialni,
babcia z dziadkiem u wnuczki,
a my w bawialni.
Obok z ciocią czyli z nami bliźnięta i pies Kleksik
w nogach jak kulka zwinięta.

Gdy wyjechali, tydzień urlopu wzięłam z pracy,
mąż pożyczkę poświąteczną…
Tak bawią się i świętują Polacy!
Sylwestra w łóżku spędziłam przed telewizorem.
Ale będę dla wszystkich: dziadków,
siostry ze szwagrem ich bliźniąt i psa
niedościgłym wzorem!


niedziela, 4 listopada 2018

Pielgrzymka

Tu Ciebie nie ma.
W zgiełku suku
nie widziałam poprzewracanych stołów,
świętych pamiątek.
Przy ścianie,
będącej świadectwem łez,
niespełnionych pragnień.
W ogrodach zdrady, pojmania, zaprzedania.

Tu Ciebie nie ma.
W łódkach łowiących turystów
żądnych cudu,
ani w błocie
nie zabierającym ślepoty,
nawet w długim pochodzie cieni Holocaustu.

Tu Ciebie nie ma.
Na tych stopniach,
na tej skale,
w tej winnicy, w tamtej świątyni,
w tym grobie
Ziemi Świętego.


***

Zajrzałam w siebie.
Dostrzegłam to, czego nie chcę,
co mi się nie podoba,
czego nie potrafię zmienić.
Nieszczęsny ja człowiek.
Nie jestem panem swego życia,
nie kontroluję myśli ani zamierzeń.
Nawet o śmierci nie mam nic do powiedzenia.
Pobożne westchnienia,
nieustanne modlitwy,
solenne przyrzeczenia,
pielgrzymka w głąb
nie mają sensu,
gdy nie znam Twego imienia.

***

Idę za Tobą
drogą znaczoną krwawymi łzami,
rzęsistym potem strachu,
z krzyżem za ciężkim,
z ranami poniżenia, odrzucenia, samotności,
z gwoździami niezrozumienia, zwątpienia
i odwrócenia najbliższych.
Potykam się i upadam.
Idę za Tobą.
Do szczytu daleko.

czwartek, 16 sierpnia 2018


Z La Manchy


Zaprawdę mówię ci i powiadam
Don Kichotem jestem do cna zgubionym,
błąkam się nie dlatego, że nie znam celu,
ale ciągle szukam prawdziwie ludzkiego oblicza.
I nie w oku przyjaciela i sługi Sancho Panchy
ani w kibici nadobnej Dulcynei,
ale w zmaganiach z samym sobą.
Każdego dnia walczę o oddech wiary,
na kolanach proszę o hart ducha,
nakładam przyłbicę i udaję,
że nie słyszę raniących strzał słów.
Cały jestem pokryty bliznami
od uderzeń wiatraka codzienności.
I chociaż wiem, że honor to przebrzmiała sprawa,
tak jak idealna miłość, nie poddam się.
Złożę życie z pokorą u Twych stóp, Panie!

środa, 21 marca 2018



Nowa książka dla dzieci

Czas leci a JA piszę książkę dla dzieci.  To widocznie tak jest, że na różnych etapach życia różne rzeczy nas cieszą i bawią.  We mnie zawsze było dużo z dziecka. Naiwność, szczerość, prawdomówność nie są to cechy, które powinna reprezentować dojrzała kobieta.  Raczej realizm, rzeczowość, dyplomacja...ale co zrobić nie mogę się nauczyć, a raczej nie chcę sztuki kombinowania, wybiegów, manipulacji....Oczywiście ma to związek z moim światopoglądem, ale nie tylko.  Często spotykały mnie zarzuty, że "chodzę metr ponad ziemią", ze " z głową w chmurach", że marzycielka.  Próbowałam się nawet w pewnym momencie zmienić, ale...stwierdziłam, że nie chcę. Chcę pielęgnować w sobie patrzenie na życie oczyma dziecka, cieszenie się z każdej drobnostki, zapominania o tym, co złe a skupiania się na rzeczach pięknych i radosnych.  Uczę się tego każdego dnia.  To jest mój wybór.  O to się modlę, by nie zgorzknieć, nie zestarzeć się mentalnie.  Dlatego i to, co piszę zmienia się...Czy Wam kochani czytający ten post spodoba się mój pomysł na nową książkę pt."Babcia bez Kapcia"? 

I. Ile Babcia bez Kapcia ma lat?


Moja babcia jest straaaasznie stara. Nie wiem ile konkretnie ma lat, ale zawsze mówi, że „tak długo ludzie nie żyją”. Pocieszam ją i mówię, że jest młodziutka, bo nie chcę jej dobijać. Kiedyś powiedziałem nieostrożnie, że ma pełno zmarszczek. Była załamana. Słyszałem, że potem długo coś mamie klarowała o dobrym wychowaniu, i takie tam sprawy, że to niby trzeba być dla starszych uprzejmym a ona-jej córka powinna to wiedzieć i mnie tego nauczyć. To znaczy mam kłamać? Być fałszywym? Mama długo ze mną rozmawiała, że nie należy owszem kłamać, lecz nie trzeba tak wyrywać się z uwagami i prawdą w oczy chlastać. No i fajnie!
No ale, jeśli ludzie tak długo nie żyją, to kto ja się pytam? Dinozaury? Smoki? Trudno to sobie wyobrazić, może dać się narysować. Takiego dinozauro-smoko-węża. Bo raz dziadek powiedział do babci, że „pluje jadem”. Babcia. A jad ma żmija. Smok to raczej zionie ogniem, no nie?
A babcia powiedziała, że jad ma właściwości lecznicze i że ona czasami musi dziadkowi powiedzieć prawdę prosto w oczy, bo to uzdrowi ich relacje. Nie wiem tylko właściwie dlaczego w oczy, moim zdaniem babcia powinna mu mówić w uszy. Dziadek kiepsko słyszy i odpowiada babci tylko wtedy jak patrzy na jej usta. Nawet jak babcia wrzeszczy z drugiego pokoju to dziadek nie słyszy i mówi, że przez ściany nie słychać, bo to grube mury w starej kamienicy. Ja tam myślę, że nawet sąsiedzi na pierwszym piętrze słyszą jak moi dziadkowie „rozmawiają” na piątym. W końcu oboje podobno kiedyś byli piękni i młodzi, a babcia dodaje, że i szczupli, a do tego aktorami. Takimi na scenie prawdziwej. I niby to dlatego mają głosy „dobrze ustawione” to znaczy takie, co to umarłego by z grobu podniosły. Tak mówi tata, to znaczy zięć. I nie wiem co ma na myśli. Wolę się na tych zmarłych nie skupiać. A dziadek faktycznie pod prysznicem śpiewa takim grubym donośnym głosem, a babcia czyta nawet bajki z podziałem na role. To znaczy każdą postać innym głosem.
Strasznie trudno sobie wyobrazić babcię szczuplutką tak, że dziadek mógł ją objąć w talii dwoma złączonymi dłońmi. To już raczej jako aktorów. I to charakterystycznych. Ale tak...to najwyżej naprawdę bardzo dawno, dawno temu…a tak zaczynają się baśnie!




środa, 6 grudnia 2017

Wena twórcza czyli chęć a niechęć pisania...


Ostatnio nie piszę.  Coś mi się zawiesiło na blogu i nie wyświetla. Słaba jestem w te klocki...Zaczynam wątpić.  Po co komu moje pisanie.  Mnie! Mnie potrzebne!  Ale potrafię już tę potrzebę zamienić, zrekompensować sobie jakoby...malowaniem.  
To znacznie spokojniejsza pasja, a może etap życia spokojniejszy.  Nic nie rwie mi trzewi, nie szarpie duszy, nie boli...umarłam?  Zamarłam?  Wkroczyłam w wiek filozofii?  A może najzwyczajniej w świecie nie chce mi się, bo mam ciekawsze rzeczy do zrobienia niz nękanie moich czytelników moimi wynurzeniami?
Jakkolwiek jest, wierzę że wrócę do pisania z pasją, do uwierzenia że to komuś po coś potrzebne...mnie potrzebne.  A póki co skupiam się na 9 moich obrazach w galerii przy ulicy Starowiejskiej w Gdyni, na planowanym wernisażu, na czterech książkach niewydanych i na tej, w trakcie której jestem zawieszona nad ciągiem dalszych zdarzeń.  
I chociaż tłumaczę sobie...masz co robić, święta idą...koniec semestru, zmiany w toku życia domowego...to jednak bez tego dodatkowego czegoś, czuję się niekompletna, taka jakaś biedna i opuszczona.   A nie chcę pisać o polityce, która mnie przeraża, ani o szkolnictwie i reformie, z którą się trzymam za bary i mocuję, ani nawet o żywocie kobiety dojrzałej.  Chciałabym pisać o rzeczach pięknych, wartościowych, inspirujących do życia w harmonii.  O wielkich uczuciach i namiętnościach, ale przede wszystkim o sensie i celu życia.  Dokąd zmierzam.  Po co zażarcie trzymam się wytycznych z Pisma Świętego, dlaczego wierzę.  Dla jednych będzie to głupota, infantylizm, rzecz niepotrzebna.  A ja łaknę piękna i świętości, duchowości i mocy.  Bez nich życie jest puste i bardzo samotne.  Czyli jednak czegoś mi brak?