niedziela, 21 października 2012
Cmentarz żydowski
Tu chciałabym odpocząć
w cieniu liściastych zamgleń i chłodu.
Tu położyłabym głowę
tak, by policzkiem poczuć zimno kamienia.
Tu przymknęłabym oczy,
na chwilę bezpiecznie usnęłabym.
Tu owinęłabym się w całun
niczym ślubną sukienkę,
utkaną z nadziei i marzeń.
Tu złożyłbyś kamyczek pamięci
i modlitwy, westchnienia za tę,
która znalazła ukojenie w ramionach
wiecznego kochanka-śmierci.
Nie zapalaj tylko świec,
by nie porazić przymkniętych oczu.
Nie stawiaj kwiatów
których nie dałeś za życia.
Nie odprawiaj
jarmarcznego zgiełku obrzędów.
Wystarczy polny kamyczek...
Żyć będę przecież na zawsze
w skamieniałym prochu.
Do zmarłych
Witajcie Drodzy!
To znowu ja...
Przychodzę do Was tak rzadko...
Stawiam na płycie pamięci kwiaty,
odgarniam liście zapomnienia,
zapalam światełko nadziei...
Śpicie?
Śpijcie i czekajcie,
już naprawdę niedługo
spotkamy się ponownie.
Tęsknię za Wami,
chociaż często odwiedzacie mnie w snach.
Spoglądacie życzliwym okiem
z czarno-białych fotografii.
Nikt z żywych nie ma
tego dowcipu ani urody – co Ty, Mamo!
Twojej siły i akceptacji –Tato!
Dziecięcej pogody i radości życia-Ciociu!
Ciepła i bezpieczeństwa –Babciu!
Jestem tylko nieudolną naśladowczynią
Waszych zalet
(bo o Waszych wadach dawno zapomniałam)
Wzdycham ...
Jeszcze muszę tyle spraw załatwić.
Jestem potrzebna...dzieciom?
Odchodzę na chwilkę,
W rozterce machając dłonią.
Do zobaczenia!
czwartek, 18 października 2012
Zobowiązania, powołanie, posłannictwo...czyli niewesoło.
Ostatnio usłyszałam opinię, dotyczącą swojego bloga, że piszę poważnie, smutno. No tak, życie w ogóle jakieś takie niewesołe jest, jeśli traktujemy poważnie nasze zobowiązania, powołania, posłannictwo. Ja wiem, że takich terminów się teraz nie używa, że znacznie lepiej brzmią hasła: jesteś tego warta, namawiające do konsumpcyjnego stylu życia, czy człowiek żyje tylko raz, więc musi być szczęśliwy. Co najdziwniejsze to hasła bardzo popularne w naszych chrześcijańskim, było nie było, kraju. A ja pochłonięta trochę pracą jestem... niewesołą, chociaż wyznaję ze wstydem bardzo inspirującą, rozwijającą, i w związku z tym, sprawiającą mi kupę frajdy. No nie, praca?!! Dająca radość! Ale też nowe przemyślenia i obserwacje.
Po pierwsze o stanie uzębienia maluchów z zerówki i pierszaczków. Tragedia! Spróchniałe jedynki czy zupełny ich brak to norma. Na pytanie o mycie zębów, otrzymuję odpowiedź o częstotliwości: zapomniałem, akurat dzisiaj! Czasami jest to raz, rzadko trzy. Gdy pytam o napoje gazowane i słodycze, to na około stu przebadanych logopedycznie dzieci jedynie na palcach jednej dłoni mogłabym policzyć te, którym rodzice takowe specjały ograniczają. A miało być optymistycznie!
Wiele lat temu, będąc w Szwecji dowiedziałam się, że tam dzieci jadają słodycze tylko w soboty, gazowańców nie pijają wcale. Skutkiem zastosowania tej metody na swoim młodszym dziecku doczekałam się zdrowych zębów u już dorosłej osoby, mimo ogólnej niepełnosprawności. Dentystka każdorazowo na wizycie kontrolnej potrząsa z niedowierzaniem głową. No i już mamy przyczynę cierpienia, bo ból bolących zębów to nie daj B..! Ale to mały pikuś – pan Pikuś, przepraszam. Wiadomo, na dentystę teraz szkoły nie stać, więc wszelaka krucjata w tym względzie dalece niepolityczna i bezsensowna.
Gorzej niż stanem uzębienia społeczeństwa martwię się stanem rodzin i warunkami bytowymi dzieciaków. Bo tu tak między zaglądaniem w podniebienia i po języki, myciem rączek i wycieraniem nosa, okazuje się, że mamusia mieszka z dziadkami, bo tatuś kryminalista, a dziadek to pije, i ten oto spuchnięty paluszek to wynik przewrócenia się dziadka na wnuczka. A podkrążone oczka – niewyspania, bo dziadek strasznie krzyczał. Młodzi ludzie biorą na siebie zobowiązania, którym nie są w stanie podołać. Nie tylko zadbać o swój byt, ale i swoich dzieci.
Eee tam, powie ktoś, żadna rewelacja, codzienność, moi sąsiedzi.... Pewnie, można by było mnożyć przykłady. Przecież jest pomoc psychologiczno-pedagogiczna, pisze się programy pomocy najsłabszym i najuboższym, zakłada świetlice terapeutyczne, ale morza potrzeb nie jesteśmy w stanie powstrzymać.
Cóż więc zrobić, gdy brak pracy i mieszkań, i pieniędzy, i fachowców od pomocy?
Może by tak wrócić do pozytywistycznej „pracy u podstaw”? Edukować na przykład seksualnie, by uniknąć sytuacji, gdy patologia zradza patologię? A może zaprzęgnąć do pracy kościoły? Wiem, wiem...działają, ale wobec ilości potrzebujących to ciągle kropla w morzu potrzeb. A może by tak w telewizji zamiast nieustannych debat politycznych....
No i jak tu chociażby optymistycznie zakończyć? Może cytatem z dowcipu - „matka jest tylko jedna”, ale rozśmieszy to tylko tych, znających dowcip. Może sentencją mojej ulubionej zmarłej cioci siatki „i będzie jeszcze gorzej”.
Nie, nie wypada zostawić czytelnika mojego bloga czy artykułu w poczuciu zniechęcenia i bezsilności. Bo póki życia jesteśmy w stanie zmieniać rzeczywistość wokół nas, jeśli tylko bacznie rozglądamy się wkoło i w miarę możliwości działamy. I nie potrzeba tu wielkiego powołania czy misji. Wystarczy zacząć od swojego podwórka. Myć zęby dzieciom na przykład – to mój pomysł na nową misję! Rozmawiać z rodzicami, a przede wszystkim, zacząć od własnego domu zanim zaczniemy się mądrzyć w cudzym.
Czyli... czyli myć zęby sobie i dzieciom? Edukować siebie i swoje dzieci? Zadbać o ich rozwój duchowy a nie tylko stan uzębienia? O nie... więcej lepiej nie piszę, bo dopiero zrobi się niewesoło!
Po pierwsze o stanie uzębienia maluchów z zerówki i pierszaczków. Tragedia! Spróchniałe jedynki czy zupełny ich brak to norma. Na pytanie o mycie zębów, otrzymuję odpowiedź o częstotliwości: zapomniałem, akurat dzisiaj! Czasami jest to raz, rzadko trzy. Gdy pytam o napoje gazowane i słodycze, to na około stu przebadanych logopedycznie dzieci jedynie na palcach jednej dłoni mogłabym policzyć te, którym rodzice takowe specjały ograniczają. A miało być optymistycznie!
Wiele lat temu, będąc w Szwecji dowiedziałam się, że tam dzieci jadają słodycze tylko w soboty, gazowańców nie pijają wcale. Skutkiem zastosowania tej metody na swoim młodszym dziecku doczekałam się zdrowych zębów u już dorosłej osoby, mimo ogólnej niepełnosprawności. Dentystka każdorazowo na wizycie kontrolnej potrząsa z niedowierzaniem głową. No i już mamy przyczynę cierpienia, bo ból bolących zębów to nie daj B..! Ale to mały pikuś – pan Pikuś, przepraszam. Wiadomo, na dentystę teraz szkoły nie stać, więc wszelaka krucjata w tym względzie dalece niepolityczna i bezsensowna.
Gorzej niż stanem uzębienia społeczeństwa martwię się stanem rodzin i warunkami bytowymi dzieciaków. Bo tu tak między zaglądaniem w podniebienia i po języki, myciem rączek i wycieraniem nosa, okazuje się, że mamusia mieszka z dziadkami, bo tatuś kryminalista, a dziadek to pije, i ten oto spuchnięty paluszek to wynik przewrócenia się dziadka na wnuczka. A podkrążone oczka – niewyspania, bo dziadek strasznie krzyczał. Młodzi ludzie biorą na siebie zobowiązania, którym nie są w stanie podołać. Nie tylko zadbać o swój byt, ale i swoich dzieci.
Eee tam, powie ktoś, żadna rewelacja, codzienność, moi sąsiedzi.... Pewnie, można by było mnożyć przykłady. Przecież jest pomoc psychologiczno-pedagogiczna, pisze się programy pomocy najsłabszym i najuboższym, zakłada świetlice terapeutyczne, ale morza potrzeb nie jesteśmy w stanie powstrzymać.
Cóż więc zrobić, gdy brak pracy i mieszkań, i pieniędzy, i fachowców od pomocy?
Może by tak wrócić do pozytywistycznej „pracy u podstaw”? Edukować na przykład seksualnie, by uniknąć sytuacji, gdy patologia zradza patologię? A może zaprzęgnąć do pracy kościoły? Wiem, wiem...działają, ale wobec ilości potrzebujących to ciągle kropla w morzu potrzeb. A może by tak w telewizji zamiast nieustannych debat politycznych....
No i jak tu chociażby optymistycznie zakończyć? Może cytatem z dowcipu - „matka jest tylko jedna”, ale rozśmieszy to tylko tych, znających dowcip. Może sentencją mojej ulubionej zmarłej cioci siatki „i będzie jeszcze gorzej”.
Nie, nie wypada zostawić czytelnika mojego bloga czy artykułu w poczuciu zniechęcenia i bezsilności. Bo póki życia jesteśmy w stanie zmieniać rzeczywistość wokół nas, jeśli tylko bacznie rozglądamy się wkoło i w miarę możliwości działamy. I nie potrzeba tu wielkiego powołania czy misji. Wystarczy zacząć od swojego podwórka. Myć zęby dzieciom na przykład – to mój pomysł na nową misję! Rozmawiać z rodzicami, a przede wszystkim, zacząć od własnego domu zanim zaczniemy się mądrzyć w cudzym.
Czyli... czyli myć zęby sobie i dzieciom? Edukować siebie i swoje dzieci? Zadbać o ich rozwój duchowy a nie tylko stan uzębienia? O nie... więcej lepiej nie piszę, bo dopiero zrobi się niewesoło!
czwartek, 11 października 2012
Stara kamienica
To miejsce, gdzie się urodziłam. Stoi w centrum miasta. Słyszę bicie dzwonów i kurantów z pobliskiego kościoła. W lecie, przy otwartych oknach, megafony zapowiadające odjeżdżające w świat pociągi z pobliskiego dworca. Po drugiej stronie można było kiedyś z mojego piątego piętra podziwiać panoramę Gdyni, Skweru Kościuszki i kawałek morza. Przed laty zabudowano mi jednak to okno na szeroki świat, za to zza dachów w promieniach wschodzącego słońca odbija się teraz najnowsza sława Gdyni- See Tower – wysokościowiec, iście przeniesiony z innego wymiaru. Już się do niego przyzwyczaiłam, a nawet polubiłam, bo ot, taką jestem lokalną patriotką. W mojej kamienicy mieści się mini muzeum. Można w nim zobaczyć starą westwalkę, drewniany magiel czy mosiężne wizytówki sprzed wojny, bo wtedy w latach 30tych nasza kamienica została wybudowana i otrzymała zaszczytną nagrodę za nowoczesność – m.in garaż podziemny, spiżarnię, służbówkę i schron przeciwatomowy w całym labiryncie podziemnych korytarzy piwnicznych.
Był to budynek wybudowany dla pobliskiego Banku dla jego pracowników przed wojną. Po wojnie zamieszkiwała w nim elita Gdyni: prezydent miasta, fotografowie teatralni, dziennikarze, lekarze, pływający.
Ostatnio Wspólnota mieszkaniowa odzyskała od miasta przynależny kamienicy garaż, po bez mała 60 latach użytkowania przez prominentne władze. W podziemnych ogromnych garażach zorganizowano z tej okazji wielką fetę, zakończona powszechnim zbrataniem się lokatorów budynku przy pomocy kilku procentów w różnych kolorowych płynach.
Teraz urządzono następną fetę – z okazji występu jednego z mieszkańców bloku – artysty śpiewającego operowo. Do podziemnego garażu przybyli zaproszeni lokatorzy oraz słuchacze pobliskiego Uniwersytetu trzeciego wieku, a nawet władze miasta. Po części artystycznej rozpoczęła się część bankietowa. Integracja była jeszcze lepsza niż ostatnio. Wymieniano poglądy, opowiadano sobie historie sprzed lat, w dużej ilości historie emigracyjne tych, którzy po latach pobytu w Brazylii, Anglii czy Niemczech, powrócili na szczęśliwą emeryturę do rodzin i kraju.
Postanowiono zorganizować następne spotkania. Pomysłów jest wiele, więc zapewne w Gdyni rozkwitnie teraz elitarna kultura undergroudowa czy eventowa? Nie termin underground jest zdecydowanie bardziej trafny. Czyżby więc znalazła się grupa osób, która potrafi oderwać się od złotego cielca pożerającego czas? Miała chęć nawiązywania kontaktów z nieznajomymi? Albo odnowić z dawnymi znajomymi, z dziecińskich zabaw na podwórkowym lodowisku, altance i podchodów?
Tak sobie porównuję frekwencję na naszych od zupełnie niedawna organizowanych wieczorkach muzyczno-poetyckich i mam nadzieję, że i tu z wieczorku na wieczorek, więzi wśród zaproszonych zacieśnią się, integracja i zrozumienie polepszy a nowych znajomych i nieznajomych przybędzie. A skoro stary podziemny garaż może stać się sceną kulturalno-towarzyską, to może i behindgroudowy kościół też może zaistnieć w okolicy? Mimo braku zachęty kolorowo-procentowej... ale przecież, zaraz, chyba że, jak to śpiewa Mieczysław Szczęśniak, „ chyba się upiję Twoim Duchem, hej”!
sobota, 1 września 2012
O wolności słów parę...
Pamiętam pewna dyskusję kolejową sprzed lat. Młody marynarz wypowiadał się na temat konieczności posiadania niepracującej żony, z przyczyn zawodowych. Wówczas ja młoda, rozpoczynająca życie wyzwolona feministka byłam oburzona męskim szowinizmem, i próbą ograniczenia wolności bliżej nieznanej mi dziewczyny. W owym czasie wyobrażałam sobie, że prawdziwie wolna zostanę, gdy wyzwolę się spod kurateli rodziców, wyprowadzę się po prostu, co natychmiast uczyniłam w momencie ukończenia 18 lat.
Jednak okazało się, że nawet ograniczenie więzi rodzinnych, mniej lub bardziej udanych, nie prowadzi do uwolnienia z nich. Na przykład z obowiązku opieki nad chorym rodzicem. A praca zawodowa, szczególnie studentki, nie daje niezależności finansowej. Uzależnia od pomocy cioci, wujka, taty czy sponsora. Tak więc, nie jesteśmy de facto wolni.
Może więc wolność to brak więzów małżeńskich. Przecież samo już to określenie budzi pejoratywne skojarzenia. Więzy, okowy, niewola. No ale czy życie na „kartę rowerową” daje wolność od zobowiązań? Sama miłość to niewola uczuć. Wystarczy sobie przypomnieć wiersz „Do trupa”J. A.Morsztyna, który chociażby poprzez zestawienie stanu umarlaka do zakochanego doskonale zobrazował niewolę zmysłów i żądz.
Może więc lepiej być samemu, tak zwanym singlem? Czy uczyni nas to wolnymi? Od smutku, niespełnienia, rodzicielstwa, samotności?
Nie będę w ogóle poruszała wątku wolności politycznej czy prawa do posiadania marihuany czy aborcji. Tylu mądrzejszych o tym pisało....
Pragnąc zilustrować moje rozumienie słowa wolność a raczej jej brak, posłużę się przykładem typowym dla wykonywanego przeze mnie zawodu polonistki. Wulgaryzmy – warstwa słownikowa o ograniczonym zasięgu spoczywa sobie swobodnie obok synonimów, homonimów, dialektyzmów, gwary, żargonu, związków frazeologicznych i wielu, wielu innych. I okazuje się, że nie ma ani jednego człowieka, poza niemowlętami może i dotkniętymi demencją starczą, kto by tej pierwszej warstwy nie znał. Z innymi może mieć kłopoty. Momencik znać nie oznacza używać, można by zakrzyknąć. Pewnie, tylko środowiska patogenne i kryminogenne używają jako przerywników tych wszystkich słów. Nie znają innych czy też wyrażają w ten sposób silne emocje? O, można by znaleźć i w innych zawodowych środowiskach uzależnionych od takiego, czyli za pomocą wulgaryzmów, sposobu wyrażania frustracji.
Czy my jesteśmy wolni od zaśmiecenia naszego umysłu z racji nie używania, lub używania rzadko, czasami, sporadycznie...wulgaryzmów, alkoholu, nikotyny... czy innych?
Ew.Mateusza 5, ukazuje właśnie to ludzkie uwikłanie, ubabranie, upapranie w błocie naszej własnej natury... Nie potrafimy się wyswobodzić od gniewu, pożądliwości, zazdrości. Chociażbyśmy zaprzysięgli sobie życie w czystości i powściągliwości sami z siebie nie potrafimy być wolni od własnej natury.
W Księdze Rodzaju Bóg kreując świat, stworzył m zakazane drzewo, owoc. Po co? Gdyby ich jednak nie stworzył, bylibyśmy bezmyślnymi marionetkami w Jego ręku. Dał więc nam wielki przywilej, ale i obowiązek. Wolność wyboru. I chociaż pokusy nas atakują niczym „lew ryczący” a nasza natura ciągnie do złego, możemy doznać wolności tylko w jeden sposób. Wybierając Chrystusa, doznajemy uwolnienia od grzechów, przebaczenia. A żyjąc z Nim dzięki łasce mamy nadzieję na pokonanie niewoli naszych ciał i ograniczeń życia codziennego w przyszłości.
Jednak okazało się, że nawet ograniczenie więzi rodzinnych, mniej lub bardziej udanych, nie prowadzi do uwolnienia z nich. Na przykład z obowiązku opieki nad chorym rodzicem. A praca zawodowa, szczególnie studentki, nie daje niezależności finansowej. Uzależnia od pomocy cioci, wujka, taty czy sponsora. Tak więc, nie jesteśmy de facto wolni.
Może więc wolność to brak więzów małżeńskich. Przecież samo już to określenie budzi pejoratywne skojarzenia. Więzy, okowy, niewola. No ale czy życie na „kartę rowerową” daje wolność od zobowiązań? Sama miłość to niewola uczuć. Wystarczy sobie przypomnieć wiersz „Do trupa”J. A.Morsztyna, który chociażby poprzez zestawienie stanu umarlaka do zakochanego doskonale zobrazował niewolę zmysłów i żądz.
Może więc lepiej być samemu, tak zwanym singlem? Czy uczyni nas to wolnymi? Od smutku, niespełnienia, rodzicielstwa, samotności?
Nie będę w ogóle poruszała wątku wolności politycznej czy prawa do posiadania marihuany czy aborcji. Tylu mądrzejszych o tym pisało....
Pragnąc zilustrować moje rozumienie słowa wolność a raczej jej brak, posłużę się przykładem typowym dla wykonywanego przeze mnie zawodu polonistki. Wulgaryzmy – warstwa słownikowa o ograniczonym zasięgu spoczywa sobie swobodnie obok synonimów, homonimów, dialektyzmów, gwary, żargonu, związków frazeologicznych i wielu, wielu innych. I okazuje się, że nie ma ani jednego człowieka, poza niemowlętami może i dotkniętymi demencją starczą, kto by tej pierwszej warstwy nie znał. Z innymi może mieć kłopoty. Momencik znać nie oznacza używać, można by zakrzyknąć. Pewnie, tylko środowiska patogenne i kryminogenne używają jako przerywników tych wszystkich słów. Nie znają innych czy też wyrażają w ten sposób silne emocje? O, można by znaleźć i w innych zawodowych środowiskach uzależnionych od takiego, czyli za pomocą wulgaryzmów, sposobu wyrażania frustracji.
Czy my jesteśmy wolni od zaśmiecenia naszego umysłu z racji nie używania, lub używania rzadko, czasami, sporadycznie...wulgaryzmów, alkoholu, nikotyny... czy innych?
Ew.Mateusza 5, ukazuje właśnie to ludzkie uwikłanie, ubabranie, upapranie w błocie naszej własnej natury... Nie potrafimy się wyswobodzić od gniewu, pożądliwości, zazdrości. Chociażbyśmy zaprzysięgli sobie życie w czystości i powściągliwości sami z siebie nie potrafimy być wolni od własnej natury.
W Księdze Rodzaju Bóg kreując świat, stworzył m zakazane drzewo, owoc. Po co? Gdyby ich jednak nie stworzył, bylibyśmy bezmyślnymi marionetkami w Jego ręku. Dał więc nam wielki przywilej, ale i obowiązek. Wolność wyboru. I chociaż pokusy nas atakują niczym „lew ryczący” a nasza natura ciągnie do złego, możemy doznać wolności tylko w jeden sposób. Wybierając Chrystusa, doznajemy uwolnienia od grzechów, przebaczenia. A żyjąc z Nim dzięki łasce mamy nadzieję na pokonanie niewoli naszych ciał i ograniczeń życia codziennego w przyszłości.
Rozczarowanie czyli rozważania egotyczki
Budzę się i stwierdzam...jestem zmęczona. Jeszcze rok szkolny się nie zaczął a ja już... na samą myśl czy co? Chociaż spać mi się nie chce, szkoda życia na sen zbyt długi. Co więc mnie tak męczy? Być może, gdybym poszła do jakiegoś specjalisty, wynalazłby we mnie... patrząc mi w oczy, wątrobę, trzewia po prostu, jakąś jednostkę chorobową. Zapewne! Nikt nie jest całkowicie zdrowy, poza może chorymi psychicznie, oczywiście w ich mniemaniu, tym bardziej że chorobę dostrzegają tylko u otaczających ich ludzi. Łyknę więc w porywie jakąś witaminkę i pobiegnę...Wyścig trwa! Tempo przyspiesza... coraz więcej pracy, obowiązków, stresów...
Trzeba by było z czegoś zrezygnować... może ze śpiewania w kościele...są młodsi i chętni, i dobrze? Może z pisania do miesięcznika, do szuflady... bo...jak wyżej? A poza tym coraz mniej ludzi czyta, nie tylko artykuły, ale i książki, czego świadectwem są chociażby coraz bardziej spiętrzone pozycje nie wydane...
No, trzeba sobie powiedzieć szczerze, należy się skupić na pracy, przynoszącej wymierne korzyści a nie na jakimś hobby, które tylko mnie cieszy.
Tak generalnie coraz częściej stwierdzam, że nie jestem niezastąpiona. Mogłabym zamilknąć, odejść zupełnie niezauważalnie i pies z kulawą nogą...Świat nie poniósłby straty, bliscy przeżyliby a ja w końcu odpoczęłabym.
A może powinnam poszukać nowych inspiracji, wyzwań? Wspinaczka wysokogórska, skok na bunggi, malowanie graffitti?
Wiem już! Jestem rozczarowana, bo czuję się niedoceniona. Potrzebuję małej zachęty, poklepania po ramieniu, potwierdzenia, że to, co robię jest ważne, potrzebne!
Co tam ja i ja, egotyczka jedna... chyba powinnam się zastanowić komu ostatnio pomogłam, kogo zmotywowałam do wytrwałego biegu, wsparłam,wysłuchałam?
O matko, chyba „włosy drzeć” i spis jakiś zrobić...”pracy wiele a robotników brak”.
No a ja? Mogę tylko cichutko liczyć, że jakaś niezwykła Moc „odnowi moje siły jak u orła”... a satysfakcji i odpocznienia zaznam... po śmierci. I to jest akcent optymistyczny w tej całej opowieści, bo przecież bez zmartwychwstania nasza wiara byłaby bez sensu!
Trzeba by było z czegoś zrezygnować... może ze śpiewania w kościele...są młodsi i chętni, i dobrze? Może z pisania do miesięcznika, do szuflady... bo...jak wyżej? A poza tym coraz mniej ludzi czyta, nie tylko artykuły, ale i książki, czego świadectwem są chociażby coraz bardziej spiętrzone pozycje nie wydane...
No, trzeba sobie powiedzieć szczerze, należy się skupić na pracy, przynoszącej wymierne korzyści a nie na jakimś hobby, które tylko mnie cieszy.
Tak generalnie coraz częściej stwierdzam, że nie jestem niezastąpiona. Mogłabym zamilknąć, odejść zupełnie niezauważalnie i pies z kulawą nogą...Świat nie poniósłby straty, bliscy przeżyliby a ja w końcu odpoczęłabym.
A może powinnam poszukać nowych inspiracji, wyzwań? Wspinaczka wysokogórska, skok na bunggi, malowanie graffitti?
Wiem już! Jestem rozczarowana, bo czuję się niedoceniona. Potrzebuję małej zachęty, poklepania po ramieniu, potwierdzenia, że to, co robię jest ważne, potrzebne!
Co tam ja i ja, egotyczka jedna... chyba powinnam się zastanowić komu ostatnio pomogłam, kogo zmotywowałam do wytrwałego biegu, wsparłam,wysłuchałam?
O matko, chyba „włosy drzeć” i spis jakiś zrobić...”pracy wiele a robotników brak”.
No a ja? Mogę tylko cichutko liczyć, że jakaś niezwykła Moc „odnowi moje siły jak u orła”... a satysfakcji i odpocznienia zaznam... po śmierci. I to jest akcent optymistyczny w tej całej opowieści, bo przecież bez zmartwychwstania nasza wiara byłaby bez sensu!
Maraton
Wierzyłam...
druga połowa jabłka będzie słodsza,
a ziemia za wzgórzem płodniejsza.
Marzyłam...
o wolności, wyznaczając własne zasady
niezależności, pragnąc oprzeć się
na męskim ramieniu.
Dążyłam...
do doskonałości i prawdy, spełnienia
wszelkimi dostępnymi środkami.
Zrozumiałam...
nic nie jest takie jak się spodziewałam
sama sobą rozczarowana...
Mimo to...
wciąż powstaję z kolan, powalona
a jednak nie pokonana z nadzieją.
sobota, 14 lipca 2012
Mowa jest srebrem a milczenie złotem
To przysłowie dosłownie łazi za mną ostatnio. Z wielu względów. Bo samo w swej istocie, moim zdaniem, miało piętnować bezmyślne gadulstwo a doceniać mądre milczenie czyli nie zabieranie głosu w sprawach nam obcych.
Przypomina mi się moja babcia, która de facto ukończyła cztery lata wiejskiej szkółki, ale była oczytana i prezentowała się niczym prawdziwa przedwojenna dama. Na raucie wśród znakomitości: mecenasów, rektorów, doktorów a nawet jednego ministra zyskała sławę niezwykle wykształconej i eleganckiej pani z przedwojennym co najmniej średnim wykształceniem, właśnie dlatego, że umiała słuchać i milczeć w odpowiednim momencie.
A jak jest dzisiaj? Starszych dam nie ma przede wszystkim. To jak w tym dowcipie: są najpierw młode ( lub piękne) kobiety, potem...młode kobiety, a na końcu... młode kobiety. O niewiastach, białogłowych... w ogóle trzeba zapomnieć. Tych biblijnych, które to cicho bez jednego słowa potrafią stać się świadectwem bogobojnego życia też ... śladowa ilość.
A młodzi? Młodzi są głośni, szczególnie na ulicach wielkich miast. Porozumiewają się skrótami i przerywnikami. Niewiele w tym treści. Ich świat kręci się wokół konsumpcji, w szeroko pojętym rozumieniu.
Gdzież są więc mędrcy tej epoki? Może to naukowcy, politycy, filozofowie? Może, ale kto by ich tam słuchał. Słuchanie bowiem wymaga czasu i chęci skupienia rozbieganych myśli. Co gorsza refleksji, a czasem nawet zmian. Mogłabym osobiście wymienić parę autorytetów, które mnie fascynują, ale po co?
Chciałam napisać o czymś innym. O braku szeroko pojętej wymiany myśli i uczuć pomiędzy osobami, domownikami, współpracownikami. Nie zasiadamy razem do stołu,nie jadamy razem posiłków, nie wymieniamy codziennych spostrzeżeń. A jeśli nawet to w tle coraz częściej pojawia się wszechwładny zagłuszacz- telewizor. Nawet w niedzielę coraz częściej zamiast przyjaznej rozmowy szybko kończymy rodzinny posiłek, by chyżo pobiec do komputera, i-poda czy innego najbliższego spędzacza czasu.
Potem dziwimy się. Dlaczego ludzie nie przekazali sobie ważnych informacji. Nie powiedzieli o rozterkach, wahaniach, uczuciach i myślach. Rozstają się, nie mogą dogadać, nawet za pomocą osób trzecich: mediatorów, psychologów, psychoterapeutów.
Dzieci nie mówią już „dzień dobry” wchodząc do pomieszczenia, sklepu, windy, spotykając nauczycieli, sąsiadów czy ciocię na ulicy. Po co?! Poza tym nikt im nie powiedział, że tak należy. Rodzice są zbyt zmęczeni, by tłumaczyć normy zachowania, które młode pokolenie uznaje w końcu za przestarzałe konwenanse, niepotrzebne w krainie pośpiechu.
Przestajemy mówić nawet o tym, co najważniejsze...o Bogu. Jakoś tak wstyd i głupio. Bo jeszcze o religii czasami można popolemizować, ale o Bogu?! Obnażać swoje uczucia, opowiadać o doświadczeniach, o zmianach... czysty ekshibicjonizm! W końcu od tego jest ksiądz czy pastor, za to im płacą. A my, nawet jak pójdziemy do kościoła, to śpiewać nam się nie chce, bo co my Carruso czy co, zresztą grupa uwielbieniowa niech się produkuje, modlić też nie za bardzo, no chyba że tą samą od 15 lat ułożoną po nawróceniu modlitwą-paciorkiem.
Głosić Dobrą Nowinę też niemodnie. Ja tam do czego innego zostałem powołany, powołana... Dokąd dążymy w milczeniu? Co będziemy mieli na swoją obronę? Panie Boże ja tak za bardzo się nie wychylałem, bo... wstyd?! Prawdę mówić wstyd. Lepiej nieprawdę, niepełną prawdę, czyli... kłamstwo. O sobie samym, o świecie nas otaczającym, o przyszłości.
I w tym kontekście absolutnie nie wierzę w stare przysłowie, a ty?
Przypomina mi się moja babcia, która de facto ukończyła cztery lata wiejskiej szkółki, ale była oczytana i prezentowała się niczym prawdziwa przedwojenna dama. Na raucie wśród znakomitości: mecenasów, rektorów, doktorów a nawet jednego ministra zyskała sławę niezwykle wykształconej i eleganckiej pani z przedwojennym co najmniej średnim wykształceniem, właśnie dlatego, że umiała słuchać i milczeć w odpowiednim momencie.
A jak jest dzisiaj? Starszych dam nie ma przede wszystkim. To jak w tym dowcipie: są najpierw młode ( lub piękne) kobiety, potem...młode kobiety, a na końcu... młode kobiety. O niewiastach, białogłowych... w ogóle trzeba zapomnieć. Tych biblijnych, które to cicho bez jednego słowa potrafią stać się świadectwem bogobojnego życia też ... śladowa ilość.
A młodzi? Młodzi są głośni, szczególnie na ulicach wielkich miast. Porozumiewają się skrótami i przerywnikami. Niewiele w tym treści. Ich świat kręci się wokół konsumpcji, w szeroko pojętym rozumieniu.
Gdzież są więc mędrcy tej epoki? Może to naukowcy, politycy, filozofowie? Może, ale kto by ich tam słuchał. Słuchanie bowiem wymaga czasu i chęci skupienia rozbieganych myśli. Co gorsza refleksji, a czasem nawet zmian. Mogłabym osobiście wymienić parę autorytetów, które mnie fascynują, ale po co?
Chciałam napisać o czymś innym. O braku szeroko pojętej wymiany myśli i uczuć pomiędzy osobami, domownikami, współpracownikami. Nie zasiadamy razem do stołu,nie jadamy razem posiłków, nie wymieniamy codziennych spostrzeżeń. A jeśli nawet to w tle coraz częściej pojawia się wszechwładny zagłuszacz- telewizor. Nawet w niedzielę coraz częściej zamiast przyjaznej rozmowy szybko kończymy rodzinny posiłek, by chyżo pobiec do komputera, i-poda czy innego najbliższego spędzacza czasu.
Potem dziwimy się. Dlaczego ludzie nie przekazali sobie ważnych informacji. Nie powiedzieli o rozterkach, wahaniach, uczuciach i myślach. Rozstają się, nie mogą dogadać, nawet za pomocą osób trzecich: mediatorów, psychologów, psychoterapeutów.
Dzieci nie mówią już „dzień dobry” wchodząc do pomieszczenia, sklepu, windy, spotykając nauczycieli, sąsiadów czy ciocię na ulicy. Po co?! Poza tym nikt im nie powiedział, że tak należy. Rodzice są zbyt zmęczeni, by tłumaczyć normy zachowania, które młode pokolenie uznaje w końcu za przestarzałe konwenanse, niepotrzebne w krainie pośpiechu.
Przestajemy mówić nawet o tym, co najważniejsze...o Bogu. Jakoś tak wstyd i głupio. Bo jeszcze o religii czasami można popolemizować, ale o Bogu?! Obnażać swoje uczucia, opowiadać o doświadczeniach, o zmianach... czysty ekshibicjonizm! W końcu od tego jest ksiądz czy pastor, za to im płacą. A my, nawet jak pójdziemy do kościoła, to śpiewać nam się nie chce, bo co my Carruso czy co, zresztą grupa uwielbieniowa niech się produkuje, modlić też nie za bardzo, no chyba że tą samą od 15 lat ułożoną po nawróceniu modlitwą-paciorkiem.
Głosić Dobrą Nowinę też niemodnie. Ja tam do czego innego zostałem powołany, powołana... Dokąd dążymy w milczeniu? Co będziemy mieli na swoją obronę? Panie Boże ja tak za bardzo się nie wychylałem, bo... wstyd?! Prawdę mówić wstyd. Lepiej nieprawdę, niepełną prawdę, czyli... kłamstwo. O sobie samym, o świecie nas otaczającym, o przyszłości.
I w tym kontekście absolutnie nie wierzę w stare przysłowie, a ty?
Subskrybuj:
Posty (Atom)