Blog Beaty Jaskuły-Tuchanowskiej

poezja i proza życia

niedziela, 4 września 2011

Stres

I znowu do szkoły...


Przypomina mi się kawał o tym jak mama budzi syna i zachęca go, by wstał w końcu i poszedł do szkoły. Syn broni się na różne sposoby, a matka dalej: ależ synku, czekają na ciebie uczniowie, nauczyciele, przecież jesteś... dyrektorem!


No nie, kto jak kto, ale ktoś kto rządzi, jest na szczycie hierarchii szkolnej, stresu z powodu początku roku szkolnego nie powinien przeżywać.


A co dopiero, gdy ze stronic brukowej prasy biją w oczy nagłówki zapowiadające wspaniałe pensje nauczycielom po podwyżce.


Ja tam w pisane może i bym uwierzyła, gdyby nie to, że właśnie dostałam do rąk własnych czarno na białym - 1680 PLN + dodatek motywacyjny 60PLN. na pół etatu, zatrudniana od 17 lat na rok. Nijak się ma więc ta kwota, którą jeszcze dzisiaj mój własny teść rzucił mi w oczy - 4800 - oj, chciałoby się taką sumę zarabiać.


Ale co tam, nie samym chlebem żyje człowiek... mówi Pismo, więc ja tam skupię się na sprawach duchowych i na czystym posłannictwie, żeby ten kaganek oświaty godnie nieść między maluczkich.


I tu znowu, biedne dzieci, zestresowane, okazuje się są strasznie. Dlaczego? - pytam. Pamiętam ze swoich młodzieńczych i dziecięcych lat, że do szkoły lubiłam pasjami chadzać i osiągać sukcesy, i laurki dostawać i medale, i takie tam...


A tu okazuje się, że to właśnie rywalizacja, szlachetny wyścig po wiedzę zniechęca młode istoty różnej płci i odbiera im całą radość z pobytu w edukacyjnej placówce. No i ci nauczyciele, oczywiście. Stresują. Wymagają. Każą czytać. I pisać na temat. Nosić książki. I nie rozmawiać na lekcjach przez telefon komórkowy. Nie spóźniać się. Nie wagarować. I... ach, cała masa tych wymagań. Żołądki i główki delikwentów bolą od rana na myśl jaka ta szkoła do bani. Trzeba by było ją rozwiązać. Toż to zabytek ( taki artykuł znalazłam rano w zupełnie poważnym czasopiśmie). XIX-to wieczny zresztą! Teraz uczeń powinien się uczyć przez internet, lub ewentualnie w domu, kompetentny rodzic mógłby dzieciątko uczyć, żeby dziecko nie było narażone na wpływy, itp. niepożądane informacje. Słowem coś na kształt porodu rodzinnego.


No tak, ale czy poród tak jak i proces nauczania, może przebiec bezboleśnie, bez znieczulenia? I tu mądra prasa informuje nas, że młode mózgi naszych podopiecznych nie są w stanie zapamiętywać informacji. One są w stanie odnaleźć informacje, umieszczone w odpowiednich folderach.


I co ja się dziwię, że po miesiącu nie pamiętają lektury, którą jakoby przeczytali? Taką konstrukcję psycho-fizyczną mają. A ja ich w stres pcham ustawicznie!


Przyrzekam więc sobie na początku roku szkolnego, nie będę! Się ani nikogo stresować! Stres zapiszę sobie w osobnym folderze, ale znać go nie chcę. Bo czy to normalne nie spać z powodu jakiegoś tam nadzoru pedagogicznego, rozkładów materiału, numerów programów i latających po korytarzu, wrzeszczących kosmitów? Stresowi mówię więc nie! Niech kontrola przychodzi i sprawdza co popadnie a na migające przed oczyma bose nogi zamknę powieki.


Ale jak to się ma do słów: "Kto może czynić dobrze a nie czyni ten grzeszy?" Czy można w pełni zaangażować się bez stresu w cokolwiek? W miłość, rodzinę, macierzyństwo, pracę zawodową. A może by tak nauczać radzenia sobie ze stresem i tempem współczesnego życia, zanim nie będzie za późno, i nie trafimy na terapię?


Róbcie co chcecie. Ja tam będę się cieszyć się, że w ogóle mam pracę, i wykonywać ją najlepiej jak umiem, z pasją, bez rutyny, z empatią i chęcią. Jak dla Pana!

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Dziękowanie...

Ciągle narzekamy. Bo pada. Bo za gorąco. Bo za mało klientów i zarobek byle jaki... Czuję się niekochana. On mnie porzucił. A ona mnie zdradza. Bo jestem gruba. Za chuda. Bo się starzeję. Boli mnie stopa, krzyż, ząb. Bo dzieci... owszem, ale jakieś takie niewzorcowe. Sąsiedzi nieżyczliwi. A polityka... panie ci politycy....

Co będzie jak stracę pracę, zgubię karty kredytowe, a komórkę? To będzie nieszczęście! Całą pamięć tam mam, telefony znajomych i ważne takie... zapiski.

Żyjemy w strachu przed samotnością, chorobą, śmiercią. Gonimy. Bo trzeba zarobić na status, dzieci, starość, emeryturę.

Czasami żyjemy chwilą. Carpe diem takie współczesne. Napić się, pójść na koncert. Zabalować. Zabrylować na salonach czy chociażby w saloniku u cioci na imieninach. Idziemy do kina, oglądamy seriale. Pooglądamy jakieś obrazki z życia tych, co niby mają lepiej lub gorzej. Pocieszymy się na chwilę.

Gdy nadejdzie choroba dziwimy sie. Dlaczego ja, mnie, teraz? Przecież nie jestem wcale gorszy od Kowalskiego. A córka będzie wychodzić za mąż w przyszłym roku. I kredyt niespłacony.

Tacy jesteśmy. Taka jestem.

Ale udajemy silnych, dzielnych, śmiejemy sie przez łzy, robimy małpę, wygłupiamy się, trzymamy twarz, nadrabiamy miną.

Czasami płaczemy. Coraz rzadziej. Wewnętrznie.

O Bogu nie mówimy. Nie wypada. Pomyślą, że jesteśmy nawiedzeni. Zdewociali. Religijni. To nie pasuje do wizerunku współczesnego twardziela.

Więc tylko od rana podśpiewuję sobie cichutko: Gdyby nie Twoja łaska, przez ogień przejść bym musiał. ... Dziękczynienie.

środa, 22 czerwca 2011

A nie lica

A kiedy zostanę Aniołem,
skrzydeł dostanę dwie pary,
wzbiję się ponad tęczę
i poznam Boskie zamiary.

Kiedy już będę Aniołem:
charakter wprost kryształowy,
temperamentu ni krztynę,
wszystkie kłopoty z głowy!

Kiedy Aniołem ulecę
lekka tak, zwiewna nad miarę,
bez grama zbędnego, nadwagi,
z wdziękiem, powabem i czarem...

W anielskim zaśpiewam chórze,
być może jakąś solówkę,
w nagrodę od Dyrygenta dostanę
świetlisty krążek na główkę.

Lecz czasem trochę mi szkoda,
że wy mnie nie ujrzycie
w anielskiej mojej postaci,
bo to nie będzie..."po życie"...

środa, 18 maja 2011

W rodzinnym gro (b/n )ie



Lubię oglądać stare zdjęcia. Tu babcia z dziadkiem i ciocią Genowefą przy choince. Tu druga babcia trzyma na ręku trzymiesięczną zaledwie Patrycję – moją córeczkę. Tam jeszcze ja – ośmiomiesięczna, ściskam w pulchnej dłoni pierwszego znalezionego przez siebie grzyba. Przypominam sobie twarze tych, którzy odeszli, wspólne uroczystości, wakacje, podróże w gronie rodzinnym. Chociaż może i powinnam powiedzieć w grobie rodzinnym, bo wszyscy moi bliscy zmarli, dzieci wyrosły i niektóre mają własne rodziny i własne albumy rodzinne.

Zastanawiam się nad wizerunkiem współczesnej rodziny. Czy jest on taki jak kiedyś? Niewątpliwie zmienił się radykalnie od czasów naszych dziadków. Kiedyś jedyną drogą kariery dla kobiety było dobre zamążpójście. Dzisiaj rzadko która z kobiet łączy te dwa pojęcia: kariera i wyjście za mąż. Chociaż media od paru dobrych lat usilnie nas przekonują, że możliwe jest udane połączenie pracy zawodowej i bycia mamą, żoną a nawet perfekcyjna gospodynią, my coraz częściej przekonujemy się na własnej skórze, że to chyba tylko im się udaje – tym wzorcowym aktorkom, modelkom, pisarkom, ale nam nie.

Nie, bo zaganiane w pracy nie mamy ochoty piec już co tydzień drożdżówki, tak ulubionej przez pana męża, i coraz mniej nas denerwuje nasza nadwaga, bo ze zmęczenia nie mamy siły na nową dietę cud, ani nawet nie odżywiamy się zgodnie z wymogami zdrowego życia, co tam my, naszym dzieciom wrzucamy parę złotych na pizzę, lub ewentualnie mrożone pierogi do garnka. Ale przecież rodzina: mąż, dzieci to nie tylko jedzenie. Pewnie że nie, tylko że razem z brakiem czasu na wspólny smaczny posiłek, coraz rzadziej rozmawiamy ze sobą. Nie mamy czasu – mijamy się: on wychodzi, gdy ona jeszcze śpi, ona wraca jak on już śpi.

Jest jeszcze seks – cudowna więź między małżonkami... pod warunkiem, że wynika z poczucia bliskości, wspólnoty.. np. zainteresowań. Ale i tu okazuje się, że powyższe problemy niekorzystnie wpływają i na ten aspekt życia małżeńskiego.

No może więc dzieci... ale z dziećmi też specjalnie nie rozmawiamy. One siedzą w komputerze albo przed telewizorem, a my jesteśmy szczęśliwi, jeśli chcą od nas tylko te parę złotych na pizzę.

Wcale tak nie jest! - zakrzykniemy, przecież my, osoby wierzące, z prawidłowo ustawionymi priorytetami życiowymi, światli, mający dobre przykłady życia rodzinnego tak nie robimy, my inaczej... przynajmniej w niedzielę. Bo w tygodniu, to może rzeczywiście. Ona na próbę chóru, on na studium biblijne i grupę...

No, ale są jeszcze dziadkowie, Bogu dzięki! Patrzę na swoich na zdjęciu... owszem przetrwali razem aż do śmierci, ale... a ci drudzy też, tylko że to było ich drugie małżeństwo.... A my, jakimi dziadkami jesteśmy? Wzorcowymi czy wzorowymi? I chociażby niektórzy nawet uznali nas za „świętą rodzinę”, jedynie my przed Bogiem wiemy jaki jest jej stan – grono czy grób rodziny?

A jeszcze w odniesieniu do Pisma, zachwalającego stan małżeński przez dobrze znane nam cytaty: „ i źle było człowiekowi samemu”, „ jeśli masz gorzeć, lepiej się ożeń!”, „ i stworzył Pan mężczyźnie kobietę – pomoc dlań odpowiednią”, „rozradzajcie się i rozmnażajcie„, czy możemy stwierdzić z przekonaniem, że małżeństwo, rodzina to w ogóle dobry plan dla współczesnego człowieka?

No więc widzisz – mówią single – najlepiej być samemu, rodzina to przeżytek, ewentualnie może warto by mieć dzieci...I rośnie coraz bardziej grupa samotnych matek ( przepraszam za seksizm, ojców samotnych jest mniej, chociaż coraz częściej słyszymy o tych, którzy chociaż są jednej płci, też koniecznie chcieliby mieć dzieci, chociażby adopcyjne).

Ostatnio na facebooku rozgorzała dyskusja wśród członków pewnej rodziny. Ukazało się bowiem drzewo genealogiczne, uwzględniające wszystkie dzieci, wnuki i prawnuki, ale nie wszystkich małżonków. Tylko aktualni zostali uwzględnieni, dla tych byłych zabrakło na drzewku szerokości. Jedno z pytań polemicznych gorącej dyskusji brzmiało: jak będzie w niebie? Czy jak ktoś miał ślub kościelny to będzie w niebie z tym poślubionym, czy z tym następnym współmałżonkiem, a może z tym, z którym się trwało najdłużej w związku, albo z tym, z którym się miało najwięcej dzieci, a może z tym, kogo się najmocniej kochało? Z ulgą westchnęłam, wierząc, że małżeństw w ludzkim pojęciu w niebie nie będzie. Tam będzie inna formacja. A póki co stwierdzam, że:

Świat stanął na głowie! Rodzina się rozpadła! Może tylko na zdjęciu wygląda jako tako. I to nie zawsze, bo ciągle znajdują się ci poza kadrem.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Zdegradowany

Nie będę kruszyć kopii

nie podejmę rzuconej rękawicy

ani nadstawię piersi na razy

ani prężyć będę ciało

ani salutować


Usiądę na progu zgliszczy

Spojrzę za horyzont

przymrużę zaczerwienione

zasłonię powiekami przekrwione

co widziały...


Nozdrzami wdychać będę

zapach spalonej ziemi

dogorywających ognisk pożogi

namiętności...


Posłucham szumu wiatru

w trawach plączących ścieżki

krzyku mew i poczuję

słoną bryzę

kropel łez czy morza...


Przygarbię plecy

opuszczę bezczynne ramiona

Poczekam

aż przyjdzie i mnie przeprowadzi

na Pole Chwały.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Wiecznie żyć?

Żyjemy w dziwnych czasach, coraz dziwniejszych...

W filmie Woody Alana starszy pan żeni się z młodą dziewczyną lekkiego prowadzenia, zostawia żonę, z która przeżył 40 lat, bo ona strasznie, jego zdaniem zrzędzi i nie chce walczyć z nadchodzącą starością. I nikogo to nie dziwi, bo przecież rozglądając się wkoło, widzimy wielu starszych panów, którzy nie mogąc pogodzić się z upływem czasu, pragną jeszcze raz być młodym, mieć dzieci... Nie wiem na ile dane statystyczne pozwoliłyby potwierdzić lub zaprzeczyć fenomenowi powodzenia takiej terapii? Ta filmowa zakończyła się groteskowo...

Porzucona żona także pragnie przeżyć jeszcze raz romantyczną miłość i pogrąża się w filozofii reinkarnacji w poprzednich wcieleniach i nierealnych wizjach życia w idealnym związku.

Pisarz w średnim wieku pragnie napisać wspaniałą powieść i odnajduje nową muzę, której serce podbija, kradnąc powieść przyjaciela, będącego w śpiączce...

Nie, nie, jeśli nie oglądaliście tego filmu, nic z tego nie zrozumiecie. Jedno to pewne, że świat i ludzie widziani oczyma reżysera to świat wariata.

Dokąd zmierzasz wędrowcze, chciałoby się zawołać, ku czemu podążasz? Może masz jakiś super plan awaryjny, jeśli obecny ci nie wypali? A może starasz się za dużo nie myśleć, żeby nie pogrążać się w zniechęceniu czy rozpaczy? Może żyjesz porządnie i rodzinę masz w normie krajowej, i jakoś do przodu, leci dzień po dniu...

Ja tam często myślę o przyszłości. Im starsza jestem, to więcej myślę, tak w ogóle. Podobno weszłam już w okres wielkiej filozofii, więc to naturalne, niby. Dopadają mnie smutki i zniechęcenie, i choroby jakieś zaczynają trawić mnie dotąd, jak to mówi mój teść, zdrową kobietę.

No tak, jak trwoga to do Boga – głosi polskie przysłowie. Ale to przecież nie tak. Przynajmniej w moim przypadku. To nie strach przed starością, demencją czy chorobą, powoduje myślenie o Bogu i przyszłym lepszym życiu. Ta świadomość tkwi we mnie od momentu nawrócenia, czyli od trzydziestu dwóch lat. Świadomość tego, że my ludzie nie jesteśmy w stanie wymyślić idealnej rzeczywistości, zarządzać nią, ba, nawet sobą i swoim własnym życiem czy ciałem. Bo jak zaczynamy wymyślać, to kończy się jak w filmie. Horrorze, komedii lub melodramacie. Bez happy endu.

Dlatego wierzę, że jeśli istnieje lepszy świat, to na pewno nie ludzie go wymyślili ani stworzyli. I jeśli cokolwiek będzie idealne, to nie tu i teraz.

Żyjąc więc staram się pamiętać, że żyć wiecznie tu nie będę... i wcale nie chcę. Znowu popełniać błędy, dokonywać kiepskich wyborów?! O nie ! Nie martwię się upływającym czasem, chociaż starzenie wcale mi się nie podoba. Nie żyję w strachu przed śmiercią. Nie zamartwiam się o najbliższych, chociaż nie żyję beztrosko, nie przygotowując tych, co zostaną do swojego odejścia.

MYŚLĘ O JEZUSIE, KTÓRY CAŁE SWOJE ŻYCIE PRZYGOTOWYWAŁ SIĘ DO WYKONANIA SWOJEGO ZADANIA. O tym, jak godnie żył, jak pomagał ludziom, jak przygotowywał ich do swojego odejścia. Staram się Go naśladować. I wierzę, że jego nauka, która jest jedynie logiczną i nadającą sens mojemu życiu będzie miała moc i w przyszłości. Bo jak coś się sprawdza praktycznie, to nie ma sensu nie wierzyć w sprawdzalność dalszego ciągu tej optymistycznej historii czyli Dobrej Nowiny.

JEZUS ZMARTWYCHWSTAŁ, TO POTWIERDZILI NAOCZNI ŚWIADKOWIE. I ODSZEDŁ, I OCZEKUJE NAS, TWORZĄC NOWĄ RZECZYWISTOŚĆ.

Dlatego nie będę gonić upływającego czasu, ani kombinować jak tu powtórzyć scenariusz swojego życia i napisać go raz jeszcze. Ktoś inny już to za mnie zrobił.

Ja tam z Nim będę żyła wiecznie, a Ty?!


poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Ciocia Siatka...

Była ma wszystko przygotowana.
Zakupy równym rządkiem,
przynajmniej na tydzień,
żeby w razie wojny i pomoru
przetrwać jak tamte...

Ubrania do kościoła
i na tę ostatnia drogę,
i buty w kartoniku,
żeby nie świecić dziurawą zelówką.

Rachunki popłacone
i drobne prezenciki rozdane
na znak wdzięczności i honoru,
żeby nie daj Bóg
ktoś nie pomyślał sobie...

Drzwi cicho zamykane
i uśmiech psotnej dziewczynki,
takie skrzyżowanie Myszki i Filutki.
Ach, i jeszcze obiad zawsze na czas,
choć jego od dawna nie było
przy wspólnym stole.

I rozgrzeszenie codziennie, oczywiście
przyjmowane z pochyloną głową,
by nawet myśl nieżyczliwa...
Albo takie matczyne pragnienie,
żeby wszystkie dzieci razem
w miłości i na zawsze
szczęśliwe były i zdrowe.

Nawet Śmierci kawę chciała zaparzyć
i prawie zdążyła, gdy ta zapukała do drzwi lekko....

Ten wiersz napisałam z powodu śmierci mojej sąsiadki - niezwykłej osoby i bardzo dla mnie drogiej. Była przy moim porodzie, i potem przez wszystkie lata życia wspierała mnie, uczyła gotować, karmiła i pilnowała moich córek. Przyjaźniła się z moją babcią i mamą, a ostatnio ze mną...Widywałyśmy się kilka razy w tygodniu, bo mieszkałyśmy drzwi w drzwi od zawsze... Gdy wracam teraz niosąc siatki do domu, czekam że uchyli drzwi i spyta jak tam w pracy, gdy czytam książkę, myślę czy jej się spodoba, widzę jej drobną postać w każdej staruszce, idącej do kościoła...Tęsknię! Była bohaterką w moich opowiadaniach, i na zawsze zostanie w moim sercu, bardziej niż nie jedna postać z krwi i ciała ze mną spokrewniona, moja ciocia-siatka- Irena.