niedziela, 4 września 2011
Stres
poniedziałek, 8 sierpnia 2011
Dziękowanie...
środa, 22 czerwca 2011
A nie lica
środa, 18 maja 2011
W rodzinnym gro (b/n )ie
Lubię oglądać stare zdjęcia. Tu babcia z dziadkiem i ciocią Genowefą przy choince. Tu druga babcia trzyma na ręku trzymiesięczną zaledwie Patrycję – moją córeczkę. Tam jeszcze ja – ośmiomiesięczna, ściskam w pulchnej dłoni pierwszego znalezionego przez siebie grzyba. Przypominam sobie twarze tych, którzy odeszli, wspólne uroczystości, wakacje, podróże w gronie rodzinnym. Chociaż może i powinnam powiedzieć w grobie rodzinnym, bo wszyscy moi bliscy zmarli, dzieci wyrosły i niektóre mają własne rodziny i własne albumy rodzinne.
Zastanawiam się nad wizerunkiem współczesnej rodziny. Czy jest on taki jak kiedyś? Niewątpliwie zmienił się radykalnie od czasów naszych dziadków. Kiedyś jedyną drogą kariery dla kobiety było dobre zamążpójście. Dzisiaj rzadko która z kobiet łączy te dwa pojęcia: kariera i wyjście za mąż. Chociaż media od paru dobrych lat usilnie nas przekonują, że możliwe jest udane połączenie pracy zawodowej i bycia mamą, żoną a nawet perfekcyjna gospodynią, my coraz częściej przekonujemy się na własnej skórze, że to chyba tylko im się udaje – tym wzorcowym aktorkom, modelkom, pisarkom, ale nam nie.
Nie, bo zaganiane w pracy nie mamy ochoty piec już co tydzień drożdżówki, tak ulubionej przez pana męża, i coraz mniej nas denerwuje nasza nadwaga, bo ze zmęczenia nie mamy siły na nową dietę cud, ani nawet nie odżywiamy się zgodnie z wymogami zdrowego życia, co tam my, naszym dzieciom wrzucamy parę złotych na pizzę, lub ewentualnie mrożone pierogi do garnka. Ale przecież rodzina: mąż, dzieci to nie tylko jedzenie. Pewnie że nie, tylko że razem z brakiem czasu na wspólny smaczny posiłek, coraz rzadziej rozmawiamy ze sobą. Nie mamy czasu – mijamy się: on wychodzi, gdy ona jeszcze śpi, ona wraca jak on już śpi.
Jest jeszcze seks – cudowna więź między małżonkami... pod warunkiem, że wynika z poczucia bliskości, wspólnoty.. np. zainteresowań. Ale i tu okazuje się, że powyższe problemy niekorzystnie wpływają i na ten aspekt życia małżeńskiego.
No może więc dzieci... ale z dziećmi też specjalnie nie rozmawiamy. One siedzą w komputerze albo przed telewizorem, a my jesteśmy szczęśliwi, jeśli chcą od nas tylko te parę złotych na pizzę.
Wcale tak nie jest! - zakrzykniemy, przecież my, osoby wierzące, z prawidłowo ustawionymi priorytetami życiowymi, światli, mający dobre przykłady życia rodzinnego tak nie robimy, my inaczej... przynajmniej w niedzielę. Bo w tygodniu, to może rzeczywiście. Ona na próbę chóru, on na studium biblijne i grupę...
No, ale są jeszcze dziadkowie, Bogu dzięki! Patrzę na swoich na zdjęciu... owszem przetrwali razem aż do śmierci, ale... a ci drudzy też, tylko że to było ich drugie małżeństwo.... A my, jakimi dziadkami jesteśmy? Wzorcowymi czy wzorowymi? I chociażby niektórzy nawet uznali nas za „świętą rodzinę”, jedynie my przed Bogiem wiemy jaki jest jej stan – grono czy grób rodziny?
A jeszcze w odniesieniu do Pisma, zachwalającego stan małżeński przez dobrze znane nam cytaty: „ i źle było człowiekowi samemu”, „ jeśli masz gorzeć, lepiej się ożeń!”, „ i stworzył Pan mężczyźnie kobietę – pomoc dlań odpowiednią”, „rozradzajcie się i rozmnażajcie„, czy możemy stwierdzić z przekonaniem, że małżeństwo, rodzina to w ogóle dobry plan dla współczesnego człowieka?
No więc widzisz – mówią single – najlepiej być samemu, rodzina to przeżytek, ewentualnie może warto by mieć dzieci...I rośnie coraz bardziej grupa samotnych matek ( przepraszam za seksizm, ojców samotnych jest mniej, chociaż coraz częściej słyszymy o tych, którzy chociaż są jednej płci, też koniecznie chcieliby mieć dzieci, chociażby adopcyjne).
Ostatnio na facebooku rozgorzała dyskusja wśród członków pewnej rodziny. Ukazało się bowiem drzewo genealogiczne, uwzględniające wszystkie dzieci, wnuki i prawnuki, ale nie wszystkich małżonków. Tylko aktualni zostali uwzględnieni, dla tych byłych zabrakło na drzewku szerokości. Jedno z pytań polemicznych gorącej dyskusji brzmiało: jak będzie w niebie? Czy jak ktoś miał ślub kościelny to będzie w niebie z tym poślubionym, czy z tym następnym współmałżonkiem, a może z tym, z którym się trwało najdłużej w związku, albo z tym, z którym się miało najwięcej dzieci, a może z tym, kogo się najmocniej kochało? Z ulgą westchnęłam, wierząc, że małżeństw w ludzkim pojęciu w niebie nie będzie. Tam będzie inna formacja. A póki co stwierdzam, że:
Świat stanął na głowie! Rodzina się rozpadła! Może tylko na zdjęciu wygląda jako tako. I to nie zawsze, bo ciągle znajdują się ci poza kadrem.
czwartek, 21 kwietnia 2011
Zdegradowany
Nie będę kruszyć kopii
nie podejmę rzuconej rękawicy
ani nadstawię piersi na razy
ani prężyć będę ciało
ani salutować
Usiądę na progu zgliszczy
Spojrzę za horyzont
przymrużę zaczerwienione
zasłonię powiekami przekrwione
co widziały...
Nozdrzami wdychać będę
zapach spalonej ziemi
dogorywających ognisk pożogi
namiętności...
Posłucham szumu wiatru
w trawach plączących ścieżki
krzyku mew i poczuję
słoną bryzę
kropel łez czy morza...
Przygarbię plecy
opuszczę bezczynne ramiona
Poczekam
aż przyjdzie i mnie przeprowadzi
na Pole Chwały.
wtorek, 19 kwietnia 2011
Wiecznie żyć?
Żyjemy w dziwnych czasach, coraz dziwniejszych...
W filmie Woody Alana starszy pan żeni się z młodą dziewczyną lekkiego prowadzenia, zostawia żonę, z która przeżył 40 lat, bo ona strasznie, jego zdaniem zrzędzi i nie chce walczyć z nadchodzącą starością. I nikogo to nie dziwi, bo przecież rozglądając się wkoło, widzimy wielu starszych panów, którzy nie mogąc pogodzić się z upływem czasu, pragną jeszcze raz być młodym, mieć dzieci... Nie wiem na ile dane statystyczne pozwoliłyby potwierdzić lub zaprzeczyć fenomenowi powodzenia takiej terapii? Ta filmowa zakończyła się groteskowo...
Porzucona żona także pragnie przeżyć jeszcze raz romantyczną miłość i pogrąża się w filozofii reinkarnacji w poprzednich wcieleniach i nierealnych wizjach życia w idealnym związku.
Pisarz w średnim wieku pragnie napisać wspaniałą powieść i odnajduje nową muzę, której serce podbija, kradnąc powieść przyjaciela, będącego w śpiączce...
Nie, nie, jeśli nie oglądaliście tego filmu, nic z tego nie zrozumiecie. Jedno to pewne, że świat i ludzie widziani oczyma reżysera to świat wariata.
Dokąd zmierzasz wędrowcze, chciałoby się zawołać, ku czemu podążasz? Może masz jakiś super plan awaryjny, jeśli obecny ci nie wypali? A może starasz się za dużo nie myśleć, żeby nie pogrążać się w zniechęceniu czy rozpaczy? Może żyjesz porządnie i rodzinę masz w normie krajowej, i jakoś do przodu, leci dzień po dniu...
Ja tam często myślę o przyszłości. Im starsza jestem, to więcej myślę, tak w ogóle. Podobno weszłam już w okres wielkiej filozofii, więc to naturalne, niby. Dopadają mnie smutki i zniechęcenie, i choroby jakieś zaczynają trawić mnie dotąd, jak to mówi mój teść, zdrową kobietę.
No tak, jak trwoga to do Boga – głosi polskie przysłowie. Ale to przecież nie tak. Przynajmniej w moim przypadku. To nie strach przed starością, demencją czy chorobą, powoduje myślenie o Bogu i przyszłym lepszym życiu. Ta świadomość tkwi we mnie od momentu nawrócenia, czyli od trzydziestu dwóch lat. Świadomość tego, że my ludzie nie jesteśmy w stanie wymyślić idealnej rzeczywistości, zarządzać nią, ba, nawet sobą i swoim własnym życiem czy ciałem. Bo jak zaczynamy wymyślać, to kończy się jak w filmie. Horrorze, komedii lub melodramacie. Bez happy endu.
Dlatego wierzę, że jeśli istnieje lepszy świat, to na pewno nie ludzie go wymyślili ani stworzyli. I jeśli cokolwiek będzie idealne, to nie tu i teraz.
Żyjąc więc staram się pamiętać, że żyć wiecznie tu nie będę... i wcale nie chcę. Znowu popełniać błędy, dokonywać kiepskich wyborów?! O nie ! Nie martwię się upływającym czasem, chociaż starzenie wcale mi się nie podoba. Nie żyję w strachu przed śmiercią. Nie zamartwiam się o najbliższych, chociaż nie żyję beztrosko, nie przygotowując tych, co zostaną do swojego odejścia.
MYŚLĘ O JEZUSIE, KTÓRY CAŁE SWOJE ŻYCIE PRZYGOTOWYWAŁ SIĘ DO WYKONANIA SWOJEGO ZADANIA. O tym, jak godnie żył, jak pomagał ludziom, jak przygotowywał ich do swojego odejścia. Staram się Go naśladować. I wierzę, że jego nauka, która jest jedynie logiczną i nadającą sens mojemu życiu będzie miała moc i w przyszłości. Bo jak coś się sprawdza praktycznie, to nie ma sensu nie wierzyć w sprawdzalność dalszego ciągu tej optymistycznej historii czyli Dobrej Nowiny.
JEZUS ZMARTWYCHWSTAŁ, TO POTWIERDZILI NAOCZNI ŚWIADKOWIE. I ODSZEDŁ, I OCZEKUJE NAS, TWORZĄC NOWĄ RZECZYWISTOŚĆ.
Dlatego nie będę gonić upływającego czasu, ani kombinować jak tu powtórzyć scenariusz swojego życia i napisać go raz jeszcze. Ktoś inny już to za mnie zrobił.
Ja tam z Nim będę żyła wiecznie, a Ty?!