Blog Beaty Jaskuły-Tuchanowskiej

poezja i proza życia

środa, 18 maja 2011

W rodzinnym gro (b/n )ie



Lubię oglądać stare zdjęcia. Tu babcia z dziadkiem i ciocią Genowefą przy choince. Tu druga babcia trzyma na ręku trzymiesięczną zaledwie Patrycję – moją córeczkę. Tam jeszcze ja – ośmiomiesięczna, ściskam w pulchnej dłoni pierwszego znalezionego przez siebie grzyba. Przypominam sobie twarze tych, którzy odeszli, wspólne uroczystości, wakacje, podróże w gronie rodzinnym. Chociaż może i powinnam powiedzieć w grobie rodzinnym, bo wszyscy moi bliscy zmarli, dzieci wyrosły i niektóre mają własne rodziny i własne albumy rodzinne.

Zastanawiam się nad wizerunkiem współczesnej rodziny. Czy jest on taki jak kiedyś? Niewątpliwie zmienił się radykalnie od czasów naszych dziadków. Kiedyś jedyną drogą kariery dla kobiety było dobre zamążpójście. Dzisiaj rzadko która z kobiet łączy te dwa pojęcia: kariera i wyjście za mąż. Chociaż media od paru dobrych lat usilnie nas przekonują, że możliwe jest udane połączenie pracy zawodowej i bycia mamą, żoną a nawet perfekcyjna gospodynią, my coraz częściej przekonujemy się na własnej skórze, że to chyba tylko im się udaje – tym wzorcowym aktorkom, modelkom, pisarkom, ale nam nie.

Nie, bo zaganiane w pracy nie mamy ochoty piec już co tydzień drożdżówki, tak ulubionej przez pana męża, i coraz mniej nas denerwuje nasza nadwaga, bo ze zmęczenia nie mamy siły na nową dietę cud, ani nawet nie odżywiamy się zgodnie z wymogami zdrowego życia, co tam my, naszym dzieciom wrzucamy parę złotych na pizzę, lub ewentualnie mrożone pierogi do garnka. Ale przecież rodzina: mąż, dzieci to nie tylko jedzenie. Pewnie że nie, tylko że razem z brakiem czasu na wspólny smaczny posiłek, coraz rzadziej rozmawiamy ze sobą. Nie mamy czasu – mijamy się: on wychodzi, gdy ona jeszcze śpi, ona wraca jak on już śpi.

Jest jeszcze seks – cudowna więź między małżonkami... pod warunkiem, że wynika z poczucia bliskości, wspólnoty.. np. zainteresowań. Ale i tu okazuje się, że powyższe problemy niekorzystnie wpływają i na ten aspekt życia małżeńskiego.

No może więc dzieci... ale z dziećmi też specjalnie nie rozmawiamy. One siedzą w komputerze albo przed telewizorem, a my jesteśmy szczęśliwi, jeśli chcą od nas tylko te parę złotych na pizzę.

Wcale tak nie jest! - zakrzykniemy, przecież my, osoby wierzące, z prawidłowo ustawionymi priorytetami życiowymi, światli, mający dobre przykłady życia rodzinnego tak nie robimy, my inaczej... przynajmniej w niedzielę. Bo w tygodniu, to może rzeczywiście. Ona na próbę chóru, on na studium biblijne i grupę...

No, ale są jeszcze dziadkowie, Bogu dzięki! Patrzę na swoich na zdjęciu... owszem przetrwali razem aż do śmierci, ale... a ci drudzy też, tylko że to było ich drugie małżeństwo.... A my, jakimi dziadkami jesteśmy? Wzorcowymi czy wzorowymi? I chociażby niektórzy nawet uznali nas za „świętą rodzinę”, jedynie my przed Bogiem wiemy jaki jest jej stan – grono czy grób rodziny?

A jeszcze w odniesieniu do Pisma, zachwalającego stan małżeński przez dobrze znane nam cytaty: „ i źle było człowiekowi samemu”, „ jeśli masz gorzeć, lepiej się ożeń!”, „ i stworzył Pan mężczyźnie kobietę – pomoc dlań odpowiednią”, „rozradzajcie się i rozmnażajcie„, czy możemy stwierdzić z przekonaniem, że małżeństwo, rodzina to w ogóle dobry plan dla współczesnego człowieka?

No więc widzisz – mówią single – najlepiej być samemu, rodzina to przeżytek, ewentualnie może warto by mieć dzieci...I rośnie coraz bardziej grupa samotnych matek ( przepraszam za seksizm, ojców samotnych jest mniej, chociaż coraz częściej słyszymy o tych, którzy chociaż są jednej płci, też koniecznie chcieliby mieć dzieci, chociażby adopcyjne).

Ostatnio na facebooku rozgorzała dyskusja wśród członków pewnej rodziny. Ukazało się bowiem drzewo genealogiczne, uwzględniające wszystkie dzieci, wnuki i prawnuki, ale nie wszystkich małżonków. Tylko aktualni zostali uwzględnieni, dla tych byłych zabrakło na drzewku szerokości. Jedno z pytań polemicznych gorącej dyskusji brzmiało: jak będzie w niebie? Czy jak ktoś miał ślub kościelny to będzie w niebie z tym poślubionym, czy z tym następnym współmałżonkiem, a może z tym, z którym się trwało najdłużej w związku, albo z tym, z którym się miało najwięcej dzieci, a może z tym, kogo się najmocniej kochało? Z ulgą westchnęłam, wierząc, że małżeństw w ludzkim pojęciu w niebie nie będzie. Tam będzie inna formacja. A póki co stwierdzam, że:

Świat stanął na głowie! Rodzina się rozpadła! Może tylko na zdjęciu wygląda jako tako. I to nie zawsze, bo ciągle znajdują się ci poza kadrem.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Zdegradowany

Nie będę kruszyć kopii

nie podejmę rzuconej rękawicy

ani nadstawię piersi na razy

ani prężyć będę ciało

ani salutować


Usiądę na progu zgliszczy

Spojrzę za horyzont

przymrużę zaczerwienione

zasłonię powiekami przekrwione

co widziały...


Nozdrzami wdychać będę

zapach spalonej ziemi

dogorywających ognisk pożogi

namiętności...


Posłucham szumu wiatru

w trawach plączących ścieżki

krzyku mew i poczuję

słoną bryzę

kropel łez czy morza...


Przygarbię plecy

opuszczę bezczynne ramiona

Poczekam

aż przyjdzie i mnie przeprowadzi

na Pole Chwały.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Wiecznie żyć?

Żyjemy w dziwnych czasach, coraz dziwniejszych...

W filmie Woody Alana starszy pan żeni się z młodą dziewczyną lekkiego prowadzenia, zostawia żonę, z która przeżył 40 lat, bo ona strasznie, jego zdaniem zrzędzi i nie chce walczyć z nadchodzącą starością. I nikogo to nie dziwi, bo przecież rozglądając się wkoło, widzimy wielu starszych panów, którzy nie mogąc pogodzić się z upływem czasu, pragną jeszcze raz być młodym, mieć dzieci... Nie wiem na ile dane statystyczne pozwoliłyby potwierdzić lub zaprzeczyć fenomenowi powodzenia takiej terapii? Ta filmowa zakończyła się groteskowo...

Porzucona żona także pragnie przeżyć jeszcze raz romantyczną miłość i pogrąża się w filozofii reinkarnacji w poprzednich wcieleniach i nierealnych wizjach życia w idealnym związku.

Pisarz w średnim wieku pragnie napisać wspaniałą powieść i odnajduje nową muzę, której serce podbija, kradnąc powieść przyjaciela, będącego w śpiączce...

Nie, nie, jeśli nie oglądaliście tego filmu, nic z tego nie zrozumiecie. Jedno to pewne, że świat i ludzie widziani oczyma reżysera to świat wariata.

Dokąd zmierzasz wędrowcze, chciałoby się zawołać, ku czemu podążasz? Może masz jakiś super plan awaryjny, jeśli obecny ci nie wypali? A może starasz się za dużo nie myśleć, żeby nie pogrążać się w zniechęceniu czy rozpaczy? Może żyjesz porządnie i rodzinę masz w normie krajowej, i jakoś do przodu, leci dzień po dniu...

Ja tam często myślę o przyszłości. Im starsza jestem, to więcej myślę, tak w ogóle. Podobno weszłam już w okres wielkiej filozofii, więc to naturalne, niby. Dopadają mnie smutki i zniechęcenie, i choroby jakieś zaczynają trawić mnie dotąd, jak to mówi mój teść, zdrową kobietę.

No tak, jak trwoga to do Boga – głosi polskie przysłowie. Ale to przecież nie tak. Przynajmniej w moim przypadku. To nie strach przed starością, demencją czy chorobą, powoduje myślenie o Bogu i przyszłym lepszym życiu. Ta świadomość tkwi we mnie od momentu nawrócenia, czyli od trzydziestu dwóch lat. Świadomość tego, że my ludzie nie jesteśmy w stanie wymyślić idealnej rzeczywistości, zarządzać nią, ba, nawet sobą i swoim własnym życiem czy ciałem. Bo jak zaczynamy wymyślać, to kończy się jak w filmie. Horrorze, komedii lub melodramacie. Bez happy endu.

Dlatego wierzę, że jeśli istnieje lepszy świat, to na pewno nie ludzie go wymyślili ani stworzyli. I jeśli cokolwiek będzie idealne, to nie tu i teraz.

Żyjąc więc staram się pamiętać, że żyć wiecznie tu nie będę... i wcale nie chcę. Znowu popełniać błędy, dokonywać kiepskich wyborów?! O nie ! Nie martwię się upływającym czasem, chociaż starzenie wcale mi się nie podoba. Nie żyję w strachu przed śmiercią. Nie zamartwiam się o najbliższych, chociaż nie żyję beztrosko, nie przygotowując tych, co zostaną do swojego odejścia.

MYŚLĘ O JEZUSIE, KTÓRY CAŁE SWOJE ŻYCIE PRZYGOTOWYWAŁ SIĘ DO WYKONANIA SWOJEGO ZADANIA. O tym, jak godnie żył, jak pomagał ludziom, jak przygotowywał ich do swojego odejścia. Staram się Go naśladować. I wierzę, że jego nauka, która jest jedynie logiczną i nadającą sens mojemu życiu będzie miała moc i w przyszłości. Bo jak coś się sprawdza praktycznie, to nie ma sensu nie wierzyć w sprawdzalność dalszego ciągu tej optymistycznej historii czyli Dobrej Nowiny.

JEZUS ZMARTWYCHWSTAŁ, TO POTWIERDZILI NAOCZNI ŚWIADKOWIE. I ODSZEDŁ, I OCZEKUJE NAS, TWORZĄC NOWĄ RZECZYWISTOŚĆ.

Dlatego nie będę gonić upływającego czasu, ani kombinować jak tu powtórzyć scenariusz swojego życia i napisać go raz jeszcze. Ktoś inny już to za mnie zrobił.

Ja tam z Nim będę żyła wiecznie, a Ty?!


poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Ciocia Siatka...

Była ma wszystko przygotowana.
Zakupy równym rządkiem,
przynajmniej na tydzień,
żeby w razie wojny i pomoru
przetrwać jak tamte...

Ubrania do kościoła
i na tę ostatnia drogę,
i buty w kartoniku,
żeby nie świecić dziurawą zelówką.

Rachunki popłacone
i drobne prezenciki rozdane
na znak wdzięczności i honoru,
żeby nie daj Bóg
ktoś nie pomyślał sobie...

Drzwi cicho zamykane
i uśmiech psotnej dziewczynki,
takie skrzyżowanie Myszki i Filutki.
Ach, i jeszcze obiad zawsze na czas,
choć jego od dawna nie było
przy wspólnym stole.

I rozgrzeszenie codziennie, oczywiście
przyjmowane z pochyloną głową,
by nawet myśl nieżyczliwa...
Albo takie matczyne pragnienie,
żeby wszystkie dzieci razem
w miłości i na zawsze
szczęśliwe były i zdrowe.

Nawet Śmierci kawę chciała zaparzyć
i prawie zdążyła, gdy ta zapukała do drzwi lekko....

Ten wiersz napisałam z powodu śmierci mojej sąsiadki - niezwykłej osoby i bardzo dla mnie drogiej. Była przy moim porodzie, i potem przez wszystkie lata życia wspierała mnie, uczyła gotować, karmiła i pilnowała moich córek. Przyjaźniła się z moją babcią i mamą, a ostatnio ze mną...Widywałyśmy się kilka razy w tygodniu, bo mieszkałyśmy drzwi w drzwi od zawsze... Gdy wracam teraz niosąc siatki do domu, czekam że uchyli drzwi i spyta jak tam w pracy, gdy czytam książkę, myślę czy jej się spodoba, widzę jej drobną postać w każdej staruszce, idącej do kościoła...Tęsknię! Była bohaterką w moich opowiadaniach, i na zawsze zostanie w moim sercu, bardziej niż nie jedna postać z krwi i ciała ze mną spokrewniona, moja ciocia-siatka- Irena.

niedziela, 6 marca 2011

Sentymenty czy pomysł na życie?

Ostatnio siedziałam sobie grzecznie w pracy i postanowiłam pogooglować w poszukiwaniu dawnych kolegów i koleżanek ze studium teatralnego. Jakoś tak dziwnie się dzieje, że przez te lata, gdy uprawiałam zupełnie inny zawód, ciągle romanowałam ze swoim pierwszym... A to prowadziłam jakieś warsztaty muppetowe, a to nagrywałam jakieś słuchowisko radiowe, a to wystawiłam swoja bajkę...
A ostatnio zupełnie nieoczekiwane ( bo w przypadkowe nie wierzę) spotkanie w kolejce na poczcie zaowocowało możliwością sprzedania mojego monodramu poetyckiego dalej...
Ktoś zapytał mnie, gdy zdradziłam, że każdy występ kosztuje mnie sporo stresu i przygotowania, po co to robię, ja - zupełnie poważna osoba, mająca liczne obowiązki zawodowe i rodzinne. To pewne, że nie dla pieniędzy, ani dla sławy - obie te przyczyny raczej niemożliwe do zrealizowania. To tak jak z pisaniem książek - taka przypadłość charakterologiczna, pasja, hobby czy jak ktoś chce. Ale też dar, możliwość, czas i pomysł na życie.
I znowu stukam się w głowę, bo plany na wakacje pękają w szwach. Warsztaty muppetowe po dwóch latach przerwy i obóz dla dzieci... Czy ja całkiem zwariowałam?! Powinnam leżeć pod gruszą i czerpać siły z jej soków na przyszły rok szkolny a nie znowu się udzielać! Ale na to nie ma rady, i to nie tylko sentyment do przeszłości mną powoduje ... Chciałaby pozostawić jakąś cząstkę siebie, taką najmniejszą ale zapisaną w sercach, nie tylko na papierze i pamięci... nawet stron internetowych. Za które notabene jestem wdzięczna, bo jakkolwiek, miło tez zobaczyć, co robią moi dawni koledzy, których pozdrawiam. ( To do Was Grzesiu z Rzeszowa, Krzyśku z Elbląga i Tomku ze Szczecina - Mańka.)

piątek, 11 lutego 2011

Alicja przed lustrem... w niedzielę

Po feriach...

I niestety po feriach... góry pięknie ośnieżone zostały za nami, tak jak i nieprzedeptane ścieżki, szlaki, niezdobyte szczyty i niepokonane trasy ...
Obiecujemy sobie - za rok, spotkamy się, za rok pojedziemy tu albo tam, spotkamy tego i owego. Spędzimy lepiej czas wolny. Ale za rok może... nas nie być? Czy więc warto odkładać coś do powtórki? Czy lepiej powtarzać starą zasadę i żyć chwilą najlepiej jak się da? Baaa! Żeby tak można o tym pamiętać w chwilach, gdy denerwują nas ludzie i sprawy, na które nie zawsze mamy wpływ.
Może więc udawać, że wszystko jest ok. jak to wymyślili bracia zza oceanu i wyszczerzać swój keep smailing wszystkim, bo tworzymy przecież wizerunek siebie: człowieka sukcesu lub nieudacznika, gdy kurczowo trzymamy się polskiej specjalności opowieści ze szczegółami jak to zdechł nam pies, teściowa zjechała a współtowarzysz nie trzeźwieje od tygodnia.
Warto zalecać dostrzeganie dobrych stron każdej sytuacji, według zasady pogoda nie dopisała ale za to... czyli klasyczny przykład szklanki do połowy pełnej.
Na pewno nie warto porównywać się do tych, którzy mają więcej i lepiej - stajemy się wówczas zawistnikami... ani do tych, którzy mają gorzej - upodabniamy się do okrutników.
A więc złoty środek - umówmy się, że jest dobrze albo zawsze może być gorzej - staje się nasząi życiową sentencją.
Chciałabym szczerze móc powiedzieć "kielich mój przelewa się", a pod koniec swojego życia, że jestem "syta swoich dni". Więc chociaż ferie miałam niezwykle udane, bo i pogoda dopisała i towarzystwo, i nawet bardzo duchowo było, to ciągle dążę do biblijnego wzoru pełni wewnętrznej harmonii wbrew okolicznościom ewentualnie niesprzyjającym.